RSS
 

Całkiem spontaniczny wiec poparcia

25 mar

Nadleśniczy wstał na początku narady i obwieścił:

- W związku z tym, że nie mogliśmy, ze względu na rozmiar pozyskania, uczestniczyć we wiecach poparcia dla naszego Pana Ministra w mieście stołecznym, wiec poparcia odbędziemy dziś. Oczywiście w czasie wolnym od pracy, czyli podczas przerwy w naradzie. Każdy może przerwę spędzić w dowolny sposób, może pójść palić papierosy, może obżerać się kanapkami, ale może razem z nami zamanifestować poparcie dla Pana Ministra. Inżynier nadzoru sporządzi pamiątkową listę obecności oraz wygłosi słowo wstępne.

Kiedy nadeszła chwila przerwy, w ciągnącej się jak flaki z olejem naradzie, inżynier Mazgaj podniósł się z miejsca i zaczął przemowę:

- Bardzo się cieszę, że nikt nie opuścił sali i wszyscy weźmiemy udział we wiecu poparcia dla Pana Ministra. Na początku chciałem, żeby wszyscy zakrzyknęli na cześć Ministra gromkie „hura”! Hip, hip…

- Urrrraaa!- wrzasnęli leśniczowie.

Nadleśniczy zmarszczył nos niezadowolony:

- Wyszło to bardzo po bolszewicku! To nie bitwa pod Lenino do cholery, tylko wiec poparcia dla polskiego ministra! Proszę jeszcze raz i bez czerwonoarmijnego zaśpiewu!

- Hura!- posłusznie zawołali leśniczowie w sposób nie budzący żadnej wątpliwości polityczno-historycznej.

- Tu z tego miejsca, chcieliśmy okazać nasze stuprocentowe poparcie dla Pana Ministra- zaczął czytać z kartki Mazgaj- Jednego z wybitniejszych w historii nie tylko kraju czy kontynentu, ale i całego, chrześcijańskiego świata…

Mazgaj zawiesił głos:

- … tu spodziewałem się aplauzu!

Nadleśniczy pośpieszył z pomocą:

- Aplauz do cholery!

Buchnęła wrzawa oklasków i okrzyków „niech żyje!”. Leśniczy Zdzisio krzyczał głośno, jeszcze głośniej darła się eksstażystka Marysia, piastująca wybitne stanowisko p.o. leśniczego leśnictwa Mazgaje, ale najdobitniej swoje poparcie wyrażał stażysta Romuś, którego leśniczy zabrał na naradę, a który teraz walił łbem w stół z taką siłą, że gdyby tylko to od tego zależało, Minister zapewne dostąpiłby wniebowzięcia, pośród rozmaitych cherubów i serafinów, albo przynajmniej dostałby nominację do Oscara.

- Zamknąć mordy!- wrzasnął nadleśniczy- I zabrać mi tego durnia z sali!

Tu wskazał na Romusia.

Sęk pasierb w tym, że Romuś wpadł w jakiś amok uwielbienia dla Ministra; rzęził i gulgotał niesamowite peany na jego cześć, usiłował wystękać „sto lat!” i machał rękami, jak niderlandzki wiatrak łopatami, co miało oznaczać, że każdy kto mu przerwie w chwaleniu gospodarza resoru, dostanie w ryj.

Potem zaś zaczął bić brawo dla Ministra i groźnymi gestami zwrócił wszystkim uwagę, że kto nie klaszcze jest zapewne lewakiem i ekologiem, że góra się o tym dowie, a kto pierwszy skończy klaskać, jest  skrytym poplecznikiem Wajraka i piątą kolumną TZW gospodarki leśnej, niegodną etatu.

- Tak się właśnie kończą wszystkie spontaniczne imprezy w Lasach!- przekrzykiwał burzę oklasków leśniczy Zdzisio- Jutro pół dnia spędzę na dywaniku za zabieranie hołoty na narady!

 

Związki wyznaniowe a gospodarka leśna

19 mar

- Otóż nasz najdostojniejszy Derektor, oby Allah dał mu niezliczone lata na stanowisku, zatrudnił na etacie przedstawiciela większości religijnej w osobie księdza- powiedział uroczyście podleśniczy, siorbiąc nieco nieco nieobyczajnie najświętszą kancelaryjną kawę.

Leśniczy Zdzisio nic nie odpowiedział, ale splunął znacząco na podłogę, co było wyrazem najwyższej frustracji, albowiem jak było do przewidzenia, zza ściany odezwała się zaraz rosła i postawna Kaszubka, notabene małżonka leśniczego:

- Nie pluć na podłogę do kroćset! Godło tam wisi! Poza tym powinniście podziękować Panu Bogu, że macie tak światłego i mądrego pana, który wie, że nikt inny nie jest w stanie realizować trwałej, wielofunkcyjnej i zrównoważonej gospodarki leśnej jak osoba duchowna!

Romuś wyjęczał i wystękał, że gdyby wiedział to wszystko wcześniej, udałby się po nauki do seminarium duchownego, a nie trwonił czasu, jak cała reszta leśników czasu po różnych technikach, czy nawet studiach leśnych, które jak widać po przykładzie, można de facto o kant dupy rozbić.

- Zasadniczo mógłby się podnieść prestiż waszego nędznego zajęcia- huczała małżonka leśniczego zza ścianą- Gdybyście do lasu ruszali w komżach! Albowiem w ubraniach przewidzianych przez rozmaite zarządzenia, wyglądacie jak z łapanki pod sklepem w Załukach!

- Czekamy teraz na pierwszego imama na etacie Lasów Państwowych- odezwał się w końcu leśniczy Zdzisio- A potem batiuszkę i innych pastorów. Mało zapewne pasożytów siedziało po rozmaitych derekcjach, trzeba było jeszcze dobawić kilku darmozjadów!

- A może to tylko chytra zagrywka Derektora?- zastanawiał się podleśniczy- Toż teraz żadna leśna uroczystość, żadne otwarcie nowego dołu na sadzonki, a nawet zakończenie odnowień nie obędzie się bez pokropku. Jak się już ma księdza na etacie, nie trzeba mu płacić za wykonywanie czynności służbowych? Wydaje się mu polecenie służbowe i już! Jedzie i święci.

- Ależ ty jesteś dureń dojlidzki- fuknął leśniczy Zdzisio- Tylko biskup może wydawać polecenia księdzu, a przecież Derektor, jak na razie, święceń nawet nie posiada!

- Na razie!- zahuczała małżonka leśniczego- Tylko na razie!

 

Szyszko lex sed lex!

05 mar

Stażysta Romuś wpadł, niczym pamiętne tsunami roku 2011 pustoszące wybrzeża japońskie, do kancelarii leśnictwa Krużganki (gdzie oczywiście raczono się kawą) i począł wyć przeraźliwie.

- Co?! Gdzie?! Jak?!- dopytywał leśniczy Zdzisio spod biurka, gdzie schronił się odruchowo.

Okazało się, że wielu wioskowych, grabi swoją własność, rżnąc i piłując własne lasy, bez wymaganych zgód i pozwoleń, a w dodatku rżnęli wsio, do gołej ziemi, jak to na wioskach, gdzie zapomniano o Panu Bogu.

Stażysta Romuś domagał się wezwania wsparcia, Straży Leśnej, a może nawet i dromadera, który za pomocą bomby wodnej, mógłby rozgonić szabrowników własnego majątku.

- Ty Romuś siadaj i nie gorączkuj się- odezwał się leśniczy- Na najświętsze prawo własności ręki nie podniesiemy. Skoro minister pozwolił, niech se tną i sprzedają.

Romuś zaczął wyrywać włosy z głowy, skowycząc coś o wspólnym dobru, dziedzictwie narodowym, które należy chronić przed splądrowaniem przez chciwe chłopstwo, potomków Jakuba Szeli czy innego Judasza.

- Dajże spokój!- huknął Zdzisio do swego stażysty- Niech se wycinają te swoje pożałowania godne srajlaski, których prawdziwa gospodarka leśna nigdy nie napotkała! Nie atakuje się deweloperów po Warszawach, to ja nie będę interweniował pośród elektoratu. Do emerytury dociągnąć muszę! Leć tera głupi i obserwuj, żeby się za bardzo nie rozochocili i nie poczęli państwowego prywatyzować, bo nasze krużganeckie towarzystwo ubóstwia takie numery!

 

Czy leśnik trafi do piekła?

03 mar

Leśniczego Zdzisia obudziły jakieś hałasy. Na początku pomyślał, że to ZUL Bareja odpala swojego MTZ-a w sąsiedniej wiosce, ale hałasowało gdzieś bliżej. Jakby na werandzie, gdzie leśniczy spędzał co cieplejsze noce.

- Nie śpisz leśniczy?- usłyszał nagle Zdzisio, a włos na głowie, rzadki, przeprószony siwizną, zjeżył mu się ze strachu.

- Kto tu jest?- pisnął leśniczy. Chciał zapytać gromko, ale tak już bywa czasem pośród leśniczych, że chcą jedno, a wychodzi całkiem co innego.

- To tylko ja- odparł głos, a w kątku werandy poruszyła się ciemna postać- Przyszedłem po ciebie Zdzisiu.

Był to diabeł.

- Jowiszu ze Smyrny!- zachlipał leśniczy- Umarłem?! Toż ja mam kwity wywozowe nierozliczone!

- Teraz to możesz mieć już w dupie- odezwał się niedbale diabeł- Albowiem tam gdzie się udamy, nie dosięgnie cię już żadna notatka służbowa!

I nagle błysnęło, huknęło i przenieśli się prosto w otchłań piekielną, gdzie nie masz nadziei, światła i śmiechu, jeno płacz, zgrzytanie zębów i edukację przyrodniczo-leśną.

- Nasz szef kazał nam ci tu wszystko pięknie pokazać- powiedział diabeł – Żebyś wiedział, że są różne rodzaje piekieł, a to do którego przybyliśmy, jest związane z trwałą, zrównoważoną i wielofunkcyjną gospodarką leśną, dalej zwaną TZW gospodarką leśną.

- Olaboga!- zdołał zaledwie wystękać leśniczy, łapiąc się za głowę.

Weszli do pierwszego pomieszczenia, gdzie pośród dymu i smrodu, na środku stał wielki kocioł, w który tkwili jacyś osmoleni osobnicy, wyjąc wniebogłosy.

- To bałwany, którzy zaplanowali przebudowę drzewostanów za pomocą rębni IIIb- niedbale powiedział diabeł- Pod kotłem palimy mokrą osiką. Dużo smrodu, dużo dymu, wolne gotowanie.

Diabły harcowały wokół, a na ścianach powieszone były cytaty z Zasad Hodowli Lasu, które miały już na wieki wieków, towarzyszyć potępionym sprawiając im jeszcze większe męki.

Następne pomieszczenie było wypełnione jeszcze większym smrodem, jeszcze większą ilością harmidru i pokrzykiwań bolesnych.

- To twórcy i pomysłodawcy SILP-u- wskazał na męczonych diabeł- Oraz wszyscy administratorzy. Smażą się pośród bólu i cierpienia, a ich mękom nie będzie końca. Co jakiś czas razi się ich prądem.

Przeszli do kolejnego pomieszczenia, gdzie panował niebywały rozgardiasz, a kocioł zdawał się być większy.

- Tu smażymy nadleśniczych, którzy nazbyt chętnie korzystali ze swej władzy względem maluczkich- wskazał wielki gar diabeł- Trzymamy ich w terpentynie i niepewności, tak aby wieczność upływała im w ciągłym strachu i smrodzie. Od czasu do czasu wrzucamy im jakiegoś podleśniczego, którego los doświadczył niesprawiedliwą władzą. Wtedy jest wesoło i nawet obstawiamy ile im zębów powybija.

Potem weszli do pomieszczenia, gdzie nic nie dymiło i nie hałasowało. Na środku stał pusty kocioł, a pod ścianami zapas świerka opałowego.

- A to co?- zapytał leśniczy.

- A tu kociołek, który czeka na Wajraka i ministra Szyszkę, którzy spędzą wieczność w swoim towarzystwie.

-Sprawiedliwa to kara!- zgodził się leśniczy- A tam cóż to za przepotężna budowla? I wskazał ręką bloki żelbetu z kratami i zaporami przeciwczołgowymi.

Diabeł nieco zmarkotniał:

- A to miejsce dla pewnej rosłej i postawnej Kaszubki, ale co chwilę zmieniamy koncepcję, bo nie wiemy czy to wytrzyma…

- Jeśli to dla mojej małżonki- podrapał się w brodę leśniczy- To mówię wam, że za słabe. Ona wchodzi i wychodzi wszędy i zawsze, kiedy zechce, pomimo drzwi zamkniętych.

Dalej był kocioł dla derektorów. Dno miał najeżone szpikulcami, a gotowali się oni w żywicy sosnowej. Na ich plecy spadały plagi wymierzone biczyskami przez wieloletnich współpracowników. Pełno tam było dymu i zgrzytania zębami.

- A teraz najgorsze pomieszczenie Zdzisio- uprzedził diabeł- Tu trzymamy inżynierów nadzoru!

Cóż tam było płaczów i jęków! Pośród smrodu ledwo tlących się zrębków, stał kocioł, a w nim, pośród bulgoczącej i smrodliwej smoły, tkwili pośród mąk i cierpienia osobnicy, dla których napisanie zjadliwej i szkodliwej notatki służbowej, stanowiło za życia najwyższą przyjemność.

Leśniczy Zdzisio patrzył się z przyjemnością, choć nieco odejmowało mu odwagi to, że diabły co chwilę żelaznymi cęgami, rwali kawał ciała inżynierskiego.

- O kuźwa, szef idzie!- zmieszał się diabeł i stanął na baczność przed osobistością, która znienacka zjawiła się przy nich.

- I jak ci się Zdzisio moje piekło podoba?- leśniczy usłyszał znajomy głos.

Była to jego eksstażystka Marysia, która z typową dla siebie nonszalancją paliła papierosa- A teraz się obudź, bo z przewoźnikiem jesteś umówiony.

I leśniczy się obudził, spocony i z mocno bijącym sercem.

- Chwała tobie Jowiszu, że to był tylko sen!- powiedział do siebie, ale już po chwili nie był pewien czy żałuje, że piekło dla przeniewierców polskiej myśli leśnej jedynie mu się przyśniło…

 

I nie denerwuj pan głównej księgowej!

26 lut

Awantura w nadleśnictwie Garłacze trwała od samego rana. Powodem jej było to, że pan nadleśniczy zjawił się rano w nadleśnictwie w „burzowym” nastroju, a pierwszą osobą jaką napotkał była główna księgowa, której powiedział jakieś grubsze słowo.

Wiele osób może obrazić w nadleśnictwie pan nadleśniczy, wielu osobom może bez żadnych konsekwencji powiedzieć, że są osłami, durniami czy że ich bezpośredni przodkowie zapewne zamieszkiwali jeszcze drzewa czy jaskinie, ale obrazić główną księgową? Żeby popełnić takie głupstwo, należy być pozbawionym rozumu, albo mieć dość życia, dość otaczającej rzeczywistości, ogólnie chcieć skończyć z posadą nadleśnego na wieki wieków amen.

Główna księgowa odgryzła się nadleśniczemu skutecznie i od słowa do słowa, pośród korytarza nadleśnictwa zaczęły latać takie słowa, że reszta bab pochowała się w schowku na miotły i mopy.

- Tylko beztalencia idą do księgowości!- ryczał wściekły nadleśniczy.

- Beztalencia?! Beztalencia?!- odwrzaskiwała główna księgowa- Że przypomnę szanownemu panu, żem przeżyła już cztery kontrole kompleksowe, dziesiątki innych kontroli, ze dwie NIK-owskie i nadal wszyscy tu pracujemy i nikt jakoś nie siedzi! I jak to jest przejaw beztalencia, to ja jestem żona Jarosława Kaczyńskiego!

 

Tako rzecze Pan Derektor!

19 lut

Leśniczy Zdzisio z podleśniczym siedzieli w kancelarii, wybuchając co chwilę gromkim śmiechem.

Jak łatwo się domyśleć, źródłem ich nieopisanej wesołości była lektura zarządzenia nr 46 Derektora Generalnego, które, o zgrozo i hańbo, te dwie zakały TZW gospodarki leśnej, czytały pośród oparów wódki i mielonki turystycznej (a co gorsze – diabli wiedzą).

- A tu przeczytaj, tu!- wołał leśniczy pokazując bluźnierczym paluchem na ustęp w tekście zarządzenia- Tu Balzakiem pojechał! Balzakiem ci mówię! Ha! Ha! Ha!

I śmiał się dziko, tak jak śmiali się onegdaj Papuasi, kiedy udało im się do gara z wrzątkiem, wsadzić jakiego tłustszego holenderskiego misjonarza.

- „… Zespół do sprawy analizy retrospektywnej i prognostycznej sytuacji finansowo gospodarczej LP, mający na celu opracowanie, przy wsparciu naukowym, opisu ontologicznego, oprogramowania służącego symulowaniu i prognozowaniu sytuacji finansowo-gospodarczej LP, w następującym składzie osobowym…”- dukał podleśniczy, podskakując ze śmiechu, a łzy ciurkiem leciały mu po policzkach – Ja bym powiedział, że Stendhalem posunął! Za mało bab w tym kawałku, jak na Balzaka!

- Kłócił się nie będę- drapał się po brodzie leśniczy- Ale znalazłem kawałek jak z Nietzschego! Prawda objawiona! Choć niepojęta!

- Dawaj!- machnął ręką podleśniczy i chlapnął stakańczyk wódki.

- „Algorytm wartościowania kryterium zwyczaju kupieckiego…- zaczął leśniczy Zdzisio, ale nie skończył, bo podleśniczy zaczął machać rękami, żeby przestał, bo zaraz pęknie ze śmiechu, a przecież żadna procedura i żadne zarządzenie, nie regulowało, jeszcze, pękania w kancelariach pracowników Służby Leśnej.

- Takiemu durniowi Dylanowi dali Nobla z literatury, a przecież mógłby ów grajek z Minnesoty, buty czyścić w zakresie twórczości naszemu Derektorowi!- zauważył podleśniczy.

Tu odezwał się stażysta Romuś, posępnie żujący kawałek izolacji ze starego kabla, który za pomocą dziwnych jęków i stęknięć, wyjaśnił, że Dylan tak właściwie nazywał się Zimmerman, a dziadkowie pochodzili z Odessy i dlatego dostał Nobla.

- Nie wstyd wam miernoty?!- zahuczała za ścianą małżonka leśniczego, rosła i postawna Kaszubka, a co za tym idzie wielce pobożna matrona- Nie potraficie sklecić pięciu zdań w wyjaśnieniu, a kpicie z człowieka, który występował w TV Trwam! Siedzą po tych kancelariach, pierdzą w stołki i tylko krytykują zwierzchność, która dzień i noc pilnuje, żeby wam, durnie pieniędzy, na wypłaty nie zabrakło! Żadnej wdzięczności! I co to za czytanie fragmentów wyrwanych z kontekstu?! Przecież czytając takimi fragmentami można zdyskredytować każde bez wyjątku pismo! Nawet święte!

 
 

Właściwy dobór kadr podstawą TZW gospodarki leśnej!

10 lut

Kiedy nadleśniczy odebrał telefon, skóra ścierpła mu na grzbiecie. Usłyszał bowiem głos samego Derektora, który oznajmił mu, aby przybył do Derekcji bez zbędnej zwłoki, ociągania się, czy zasłaniania ciężką chorobą wieńcową.

- Musimy porozmawiać-  złowieszczo powiedział na koniec Derektor.

Nadleśniczy pożegnał się z babami z biura, sądząc, że to jego ostatnie chwile na stołku, a wychodząc z nadleśnictwa kopnął służbowego kota, wprawdzie jego oczko w głowie, upasionego na posiłkach regeneracyjnych (choć trzeba przyznać, że flaki w słoikach szły mu raczej słabo), który miał jednak to nieszczęście, że pod ręką zabrakło akurat kogoś z terenowej Służby Leśnej, żeby wyładować frustrację wywołaną lękiem. I pojechał do miasta wojewódzkiego, które miało również to niezwykłe szczęście być siedzibą Derekcji Regionalnej.

Derektor przywitał go bardzo oficjalnie, prezentując minę a’la Benito Mussolinini, która każdemu, nawet najodważniejszemu nadleśniczemu z Puszczy Amazońskiej czy innego Kamerunu, odebrałaby spokój ducha na przeciąg wielu miesięcy.

- Tu mam raporty- surowo cedził słowa Derektor- Że się tak wyrażę, niezbyt one ciekawe panie nadleśniczy…

- Cóż- odparł nadleśniczy- Ciężka jednostka…Duży rozmiar zadań…Wie pan panie Dyrektorze…Garłacze to…Tylko Białowieża gorsza…

- Tak…- zasępił się Derektor i zapadła cisza. Dokładnie taka sama, jaka następuje na chwilę przed pociągnięciem wajchy w gilotynie, kiedy to skazańcowi wszystko już jedno, kat napawa się radosną chwilą, a rodzina ofiary myśli o ewentualnych kosztach posługi pogrzebowej i ile osób będzie na stypie.

- A kto tam u pana sprząta w nadleśnictwie?- znienacka zmienił ton Derektor- Bo widzi pan nadleśniczy, ja tu mam taka panią Bożenkę, sprząta u mnie w domu, ale przydałoby się jej trochę dorobić na etacie. Ma pan tam miejsce?

Nadleśniczy zmarkotniał jeszcze bardziej. Sprzątaczką w nadleśnictwie była jego rodzona ciotka.

- Mam taką panią Helenkę…Dwadzieścia już lat sprząta…- wydukał w odpowiedzi.

- No to można powiedzieć, że się w swoim życiu nasprzątała- zdobył się na żart Derektor- Pani Bożenka jest ekspertem w swoim fachu i mogłaby zacząć od pierwszego, ale skoro nie da rady…

- No to niech zaczyna od pierwszego panie Dyrektorze!- rzutem na taśmę nadleśniczy ratował swoje stanowisko.

- Znakomicie!- klasnął w dłonie Derektor- Niech pan sobie wyobrazi, że pani Bożenka ma córkę. I tak się składa, że skończyła pedagogikę wczesnoszkolną, a pan zdaje się potrzebuje kogoś do edukacji przyrodniczoleśnej!

Nadleśniczemu było już wszystko jedno. Kiwnął zrezygnowany głową, zwłaszcza, że córka pani Bożenki miała męża, wybitnego etnografa, zaraz po studiach, który według Derektora miał się świetnie sprawdzić w dziedzinie Leśnej Mapy Numerycznej.

Służbowy kot, kiedy tylko ujrzał minę nadleśniczego wysiadającego z auta pod nadleśnictwem zaraz dał nogę, wiedząc, że teraz ze dwie godziny w nadleśnictwie będzie Sodoma i Gomora. Na baby biurowe padł blady strach, taki sam, jakby wariat z pilarką wlazł do biura w celach dekapitacyjnych.

Tylko sprzątaczka spokojnie siorbała kawę, nie zdając sobie sprawy, że jej „mane, tekel, fares” już zostało gdzieś na niestartym kurzu napisane derektorskim palcem.

 

Zło toczące LP

08 lut

Leśniczy Zdzisio pomstował na najnowsze maile, które rozmaite chytre instytucje, przysyłały na jego służbową skrzynkę pocztową. Pomstował zwłaszcza na nadleśnictwo, które zajmowało się obecnie chyba już wyłącznie redagowaniem najgłupszych i nonsensownych pism i wysyłanie ich służbie terenowej.

- Asortyment tych wypocin świadczy o tem – tłumaczył leśniczy podleśniczemu i stażyście Romusiowi- Że ich twórcy całkiem potracili rozumy i poczucie rzeczywistości. Czasem mam wrażenie, że nie wszystkie nielegalne plantacje konopi indyjskich na terenie nadleśnictwa zostały zlikwidowane.

- Zło gdzie indziej ma swe źródło- sentencjonalnie odparł podleśniczy.

- A niby gdzie?- leśniczy Zdzisio wysmarkał nos w chusteczkę niehigieniczną.

- Otóż w naszej firmie każdy każdego ma za durnia- podniósł palec podleśniczy- Weźmy na to nadleśniczy, uważa, że wszyscy jego pracownicy to skończeni kretyni. Z kolei wszyscy jego pracownicy uważają nadleśniczego za bałwana pierwszej klasy. Stażysta myśląc o leśniczym nie pomyśli o nim inaczej, jak o zidiociałym ośle, a leśniczy o intelekcie stażysty ma takie zdanie, że pierwszy lepszy przedstawiciel łasicowatych, zdaje się przy nim istotą obdarzona inteligencją niemal ainsztajnowską. Nie chcę nawet wspominać o najbardziej antagonistycznie nastawionych do siebie stronach czyli o biurze i terenie, bo o imbecylizmie jednej, druga strona mogłaby opowiadać godzinami. I im bardziej w górę, tym skala zjawiska jest bardziej przerażająca, bo taki Derektor wszelkich  Derektorów, wsiech swoich bez wyjątku pracowników, uważa za największe siedlisko ciemnoty, zabobonu i durności, a owo siedlisko zakał i głupków, składające się z rozmaitych podleśniczych, inżynierów nadzoru, naczelników et cetera et cetera, myśli o Derektorze wcale nie lepiej. I każdy uważa, że nadawałby się na to stanowisko sto razy bardziej.

Stażysta Romuś zaskoczony obrazoburczym wywodem podleśniczego złapał się za głowę i zagulgotał przerażony, rozumiejąc z nagła, że podleśniczy potrafi czytać w jego myślach.

- Widzisz teraz- podleśniczy wskazał na Romusia- Co o tobie stażysta Romuś myśli!

- Lecz cóż nam teraz czynić?!- złapał się za głowę leśniczy- Jak ponaprawiać te wykolejone stosunki między pracownikami naszej firmy? Jak przywrócić szacunek dla hierarchii?!

- Nie da się już nic zrobić- zasępił się podleśniczy- Jesteśmy na równi pochyłej. Odkąd stało się jasnym, że największą legitymację do objęcia stanowiska jest posiadanie ustosunkowanej rodziny, koneksje i najprzeróżniejsze układy towarzysko-adoracyjne, szacunek dla szarż wyższych pękł niczym bańka spekulacyjna. I nie da się go odbudować w żaden inny sposób, jak wypalenie gorącym żelazem zmian rewolucyjnych. Ale na rewolucje nasze leśne towarzystwo, ululane rozmaitymi pensjami, premiami i relatywnie błogim żywotem pośród kniei nastroju nie ma…

 

Bo ZUL musi być chytry!

23 sty

Leśniczy Zdzisio zawezwał szefa Zakładu Usług Leśnych i oznajmił mu, że w związku z dużymi zapasami surowca drzewnego, jaki chytrze pozyskano w roku ubiegłym i zupełnie mało sprytnie nie zdążono upłynnić, otrzymał polecenie z nadleśnictwa, aby wstrzymać prace związane z pozyskaniem na terenie leśnictwa.

- Musicie zawiesić na jakiś czas piły na kołki- zakończył przemowę.

Reakcja Barei zaskoczyła go zupełnie. Zamiast zwyczajowego „A kto kurwa za mnie ZUS zapłaci?!”, Bareja uśmiechnął się jak Bazyliszek i głosikiem pełnym zdradzieckiej słodyczy powiedział:

- Wszystko pięknie szefuńciu, nie ma sprawy, ale ja to muszę mieć na piśmie!

Leśniczy Zdzisio zbyt wiele lat przepracował wśród rozmaitych żmij i intryg związanych z trwałą, wielofunkcyjną i zrównoważoną gospodarką leśną, żeby dawać komukolwiek podpisane przez siebie pisma, toteż uśmiechając się pobłażliwie odpowiedział:

- Szanowny kolego! Polecenie otrzymałem prosto od zastępcy nadleśnego, toteż jeśli chcesz jakichś pism, drałuj prosto do Garłaczów, a ani chybi wydadzą ci odpowiednią bumagę!

- A pewnie, że pojadę!- oświadczył szef ZUL- Niezwłocznie!

I rzeczywiście pojechał.

O dziwo, zastępca nadleśniczego przyjął go nieomalże natychmiast.

- Szefuńciu kochany!- zaczął Bareja- Leśniczy mi tu oświadczył, że wstrzymano pozyskanie. Wstrzymano, to wstrzymano, ja do tego nie mieszam się, ale szefuńcio, niech mi machnie zaraz owo polecenie na piśmie!

Zastępca zrobił głupawą minę:

- A po cóż panu takie pismo? Nie wystarczy panu polecenie ustne?

Bareja uśmiechnął się jadowicie, niczym żmija zygzakowata czy inny grzechotnik i powiedział głosem przepełnionym zdradziecką słodyczą:

- Chciałbym mieć takie oto pisemko, na wypadek gdybyście pod koniec roku zapragnęli mnie ciągać i karać finansowo za niewykonanie planu pozyskania.

Zastępca zdębiał.

Takiej bezczelności ze strony wykonawcy usług leśnych nie doświadczył nigdy przedtem, ani się jej nie spodziewał.

Patrząc na chytrą twarz Barei, myślał intensywnie:

„Nie mogę mu dać takiego pisma, bo przecie mogę się podłożyć, kuźwa jego księgowa!”

- Coś leśniczy musiał pochrzanić- chrząknął zakłopotany usiłując wybrnąć w spontaniczny sposób- Część leśnictw może pracować w normalny sposób i jak się zdaje Krużganki są na tej liście!

- Tak właśnie myślałem- powiedział Bareja z uśmiechem godnym Lukrecji Bordżii- Ach ci leśniczowie, zawsze coś popierdolą! Chwała Bogu, że w nadleśnictwie czuwa zawsze ktoś z głową na karku!

- Proszę wracać do pracy- czerwienił się zastępca.

Bareja wyszedł z gabinetu zastępcy zadowolony.

Mniej zadowolony był leśniczy Zdzisio, któremu w krótkiej, acz zdecydowanej rozmowie telefonicznej, dostało się od zastępcy, że nie potrafi przekazywać poleceń służbowych ZUL-om, że nasyła ich na szefostwo nadleśnictwa, kiedy to owo kierownictwo nie ma czasu na takie idiotyzmy, że na jego miejsce jest stu innych, którzy na pewno nie będą popełniać takich błędów.

Gniew zastępcy był uzasadniony, albowiem należy pamiętać, że w Lasach, każde, nawet najgłupsze i byle komu wręczone pismo, może stać się gwoździem do trumny pięknej, leśnej kariery.

 

Derektor vs Wajrak. To by była walka!

22 sty

- Ten nasz derektor to tylko mocny w gębie- powiedział podleśniczy siorbiąc Najświętszą Kawę Kancelaryjną, spluwając ostentacyjnie, ale i z niezwykłą dbałością o każdy szczegół kawowymi fusami.

- A w czym ma być jeszcze mocny?- zapytał leśniczy Zdzisio.

- No jest jeszcze parę obszarów, gdzie Jego Ekscelencja powinien dysponować odpowiednimi przewagami nad pospólstwem leśnym – odparł podleśniczy- Ja to bym chciał zobaczyć starcie intelektualne Wajraka z Ekscelencją. Tytani myśli i idei. Taki pojedynek na argumenty. Powiedziałbym nawet, że debatę. Ciosy słowne. Chwyty intelektualne. Pułapki logiczne i zapędzanie przeciwnika w kozi róg za pomocą chytrych pytań. Szybko by się okazało, który z nich mądrzejszy.

- Głupiś jak bukowy wieszak. Kto by w naszych Lasach taką debatę urządził, niepewny jej wyniku, skoro pomiędzy Ekscelencją a Wajrakiem nie występuje żadna zależność służbowa?- popukał się w czoło leśniczy Zdzisio.

- Ale że niby co?- nie rozumiał podleśniczy.

- Ano to, że Wajraka nie da się odwołać.