RSS
 

Tako rzecze Pan Derektor!

19 lut

Leśniczy Zdzisio z podleśniczym siedzieli w kancelarii, wybuchając co chwilę gromkim śmiechem.

Jak łatwo się domyśleć, źródłem ich nieopisanej wesołości była lektura zarządzenia nr 46 Derektora Generalnego, które, o zgrozo i hańbo, te dwie zakały TZW gospodarki leśnej, czytały pośród oparów wódki i mielonki turystycznej (a co gorsze – diabli wiedzą).

- A tu przeczytaj, tu!- wołał leśniczy pokazując bluźnierczym paluchem na ustęp w tekście zarządzenia- Tu Balzakiem pojechał! Balzakiem ci mówię! Ha! Ha! Ha!

I śmiał się dziko, tak jak śmiali się onegdaj Papuasi, kiedy udało im się do gara z wrzątkiem, wsadzić jakiego tłustszego holenderskiego misjonarza.

- „… Zespół do sprawy analizy retrospektywnej i prognostycznej sytuacji finansowo gospodarczej LP, mający na celu opracowanie, przy wsparciu naukowym, opisu ontologicznego, oprogramowania służącego symulowaniu i prognozowaniu sytuacji finansowo-gospodarczej LP, w następującym składzie osobowym…”- dukał podleśniczy, podskakując ze śmiechu, a łzy ciurkiem leciały mu po policzkach – Ja bym powiedział, że Stendhalem posunął! Za mało bab w tym kawałku, jak na Balzaka!

- Kłócił się nie będę- drapał się po brodzie leśniczy- Ale znalazłem kawałek jak z Nietzschego! Prawda objawiona! Choć niepojęta!

- Dawaj!- machnął ręką podleśniczy i chlapnął stakańczyk wódki.

- „Algorytm wartościowania kryterium zwyczaju kupieckiego…- zaczął leśniczy Zdzisio, ale nie skończył, bo podleśniczy zaczął machać rękami, żeby przestał, bo zaraz pęknie ze śmiechu, a przecież żadna procedura i żadne zarządzenie, nie regulowało, jeszcze, pękania w kancelariach pracowników Służby Leśnej.

- Takiemu durniowi Dylanowi dali Nobla z literatury, a przecież mógłby ów grajek z Minnesoty, buty czyścić w zakresie twórczości naszemu Derektorowi!- zauważył podleśniczy.

Tu odezwał się stażysta Romuś, posępnie żujący kawałek izolacji ze starego kabla, który za pomocą dziwnych jęków i stęknięć, wyjaśnił, że Dylan tak właściwie nazywał się Zimmerman, a dziadkowie pochodzili z Odessy i dlatego dostał Nobla.

- Nie wstyd wam miernoty?!- zahuczała za ścianą małżonka leśniczego, rosła i postawna Kaszubka, a co za tym idzie wielce pobożna matrona- Nie potraficie sklecić pięciu zdań w wyjaśnieniu, a kpicie z człowieka, który występował w TV Trwam! Siedzą po tych kancelariach, pierdzą w stołki i tylko krytykują zwierzchność, która dzień i noc pilnuje, żeby wam, durnie pieniędzy, na wypłaty nie zabrakło! Żadnej wdzięczności! I co to za czytanie fragmentów wyrwanych z kontekstu?! Przecież czytając takimi fragmentami można zdyskredytować każde bez wyjątku pismo! Nawet święte!

 

Właściwy dobór kadr podstawą TZW gospodarki leśnej!

10 lut

Kiedy nadleśniczy odebrał telefon, skóra ścierpła mu na grzbiecie. Usłyszał bowiem głos samego Derektora, który oznajmił mu, aby przybył do Derekcji bez zbędnej zwłoki, ociągania się, czy zasłaniania ciężką chorobą wieńcową.

- Musimy porozmawiać-  złowieszczo powiedział na koniec Derektor.

Nadleśniczy pożegnał się z babami z biura, sądząc, że to jego ostatnie chwile na stołku, a wychodząc z nadleśnictwa kopnął służbowego kota, wprawdzie jego oczko w głowie, upasionego na posiłkach regeneracyjnych (choć trzeba przyznać, że flaki w słoikach szły mu raczej słabo), który miał jednak to nieszczęście, że pod ręką zabrakło akurat kogoś z terenowej Służby Leśnej, żeby wyładować frustrację wywołaną lękiem. I pojechał do miasta wojewódzkiego, które miało również to niezwykłe szczęście być siedzibą Derekcji Regionalnej.

Derektor przywitał go bardzo oficjalnie, prezentując minę a’la Benito Mussolinini, która każdemu, nawet najodważniejszemu nadleśniczemu z Puszczy Amazońskiej czy innego Kamerunu, odebrałaby spokój ducha na przeciąg wielu miesięcy.

- Tu mam raporty- surowo cedził słowa Derektor- Że się tak wyrażę, niezbyt one ciekawe panie nadleśniczy…

- Cóż- odparł nadleśniczy- Ciężka jednostka…Duży rozmiar zadań…Wie pan panie Dyrektorze…Garłacze to…Tylko Białowieża gorsza…

- Tak…- zasępił się Derektor i zapadła cisza. Dokładnie taka sama, jaka następuje na chwilę przed pociągnięciem wajchy w gilotynie, kiedy to skazańcowi wszystko już jedno, kat napawa się radosną chwilą, a rodzina ofiary myśli o ewentualnych kosztach posługi pogrzebowej i ile osób będzie na stypie.

- A kto tam u pana sprząta w nadleśnictwie?- znienacka zmienił ton Derektor- Bo widzi pan nadleśniczy, ja tu mam taka panią Bożenkę, sprząta u mnie w domu, ale przydałoby się jej trochę dorobić na etacie. Ma pan tam miejsce?

Nadleśniczy zmarkotniał jeszcze bardziej. Sprzątaczką w nadleśnictwie była jego rodzona ciotka.

- Mam taką panią Helenkę…Dwadzieścia już lat sprząta…- wydukał w odpowiedzi.

- No to można powiedzieć, że się w swoim życiu nasprzątała- zdobył się na żart Derektor- Pani Bożenka jest ekspertem w swoim fachu i mogłaby zacząć od pierwszego, ale skoro nie da rady…

- No to niech zaczyna od pierwszego panie Dyrektorze!- rzutem na taśmę nadleśniczy ratował swoje stanowisko.

- Znakomicie!- klasnął w dłonie Derektor- Niech pan sobie wyobrazi, że pani Bożenka ma córkę. I tak się składa, że skończyła pedagogikę wczesnoszkolną, a pan zdaje się potrzebuje kogoś do edukacji przyrodniczoleśnej!

Nadleśniczemu było już wszystko jedno. Kiwnął zrezygnowany głową, zwłaszcza, że córka pani Bożenki miała męża, wybitnego etnografa, zaraz po studiach, który według Derektora miał się świetnie sprawdzić w dziedzinie Leśnej Mapy Numerycznej.

Służbowy kot, kiedy tylko ujrzał minę nadleśniczego wysiadającego z auta pod nadleśnictwem zaraz dał nogę, wiedząc, że teraz ze dwie godziny w nadleśnictwie będzie Sodoma i Gomora. Na baby biurowe padł blady strach, taki sam, jakby wariat z pilarką wlazł do biura w celach dekapitacyjnych.

Tylko sprzątaczka spokojnie siorbała kawę, nie zdając sobie sprawy, że jej „mane, tekel, fares” już zostało gdzieś na niestartym kurzu napisane derektorskim palcem.

 

Zło toczące LP

08 lut

Leśniczy Zdzisio pomstował na najnowsze maile, które rozmaite chytre instytucje, przysyłały na jego służbową skrzynkę pocztową. Pomstował zwłaszcza na nadleśnictwo, które zajmowało się obecnie chyba już wyłącznie redagowaniem najgłupszych i nonsensownych pism i wysyłanie ich służbie terenowej.

- Asortyment tych wypocin świadczy o tem – tłumaczył leśniczy podleśniczemu i stażyście Romusiowi- Że ich twórcy całkiem potracili rozumy i poczucie rzeczywistości. Czasem mam wrażenie, że nie wszystkie nielegalne plantacje konopi indyjskich na terenie nadleśnictwa zostały zlikwidowane.

- Zło gdzie indziej ma swe źródło- sentencjonalnie odparł podleśniczy.

- A niby gdzie?- leśniczy Zdzisio wysmarkał nos w chusteczkę niehigieniczną.

- Otóż w naszej firmie każdy każdego ma za durnia- podniósł palec podleśniczy- Weźmy na to nadleśniczy, uważa, że wszyscy jego pracownicy to skończeni kretyni. Z kolei wszyscy jego pracownicy uważają nadleśniczego za bałwana pierwszej klasy. Stażysta myśląc o leśniczym nie pomyśli o nim inaczej, jak o zidiociałym ośle, a leśniczy o intelekcie stażysty ma takie zdanie, że pierwszy lepszy przedstawiciel łasicowatych, zdaje się przy nim istotą obdarzona inteligencją niemal ainsztajnowską. Nie chcę nawet wspominać o najbardziej antagonistycznie nastawionych do siebie stronach czyli o biurze i terenie, bo o imbecylizmie jednej, druga strona mogłaby opowiadać godzinami. I im bardziej w górę, tym skala zjawiska jest bardziej przerażająca, bo taki Derektor wszelkich  Derektorów, wsiech swoich bez wyjątku pracowników, uważa za największe siedlisko ciemnoty, zabobonu i durności, a owo siedlisko zakał i głupków, składające się z rozmaitych podleśniczych, inżynierów nadzoru, naczelników et cetera et cetera, myśli o Derektorze wcale nie lepiej. I każdy uważa, że nadawałby się na to stanowisko sto razy bardziej.

Stażysta Romuś zaskoczony obrazoburczym wywodem podleśniczego złapał się za głowę i zagulgotał przerażony, rozumiejąc z nagła, że podleśniczy potrafi czytać w jego myślach.

- Widzisz teraz- podleśniczy wskazał na Romusia- Co o tobie stażysta Romuś myśli!

- Lecz cóż nam teraz czynić?!- złapał się za głowę leśniczy- Jak ponaprawiać te wykolejone stosunki między pracownikami naszej firmy? Jak przywrócić szacunek dla hierarchii?!

- Nie da się już nic zrobić- zasępił się podleśniczy- Jesteśmy na równi pochyłej. Odkąd stało się jasnym, że największą legitymację do objęcia stanowiska jest posiadanie ustosunkowanej rodziny, koneksje i najprzeróżniejsze układy towarzysko-adoracyjne, szacunek dla szarż wyższych pękł niczym bańka spekulacyjna. I nie da się go odbudować w żaden inny sposób, jak wypalenie gorącym żelazem zmian rewolucyjnych. Ale na rewolucje nasze leśne towarzystwo, ululane rozmaitymi pensjami, premiami i relatywnie błogim żywotem pośród kniei nastroju nie ma…

 

Bo ZUL musi być chytry!

23 sty

Leśniczy Zdzisio zawezwał szefa Zakładu Usług Leśnych i oznajmił mu, że w związku z dużymi zapasami surowca drzewnego, jaki chytrze pozyskano w roku ubiegłym i zupełnie mało sprytnie nie zdążono upłynnić, otrzymał polecenie z nadleśnictwa, aby wstrzymać prace związane z pozyskaniem na terenie leśnictwa.

- Musicie zawiesić na jakiś czas piły na kołki- zakończył przemowę.

Reakcja Barei zaskoczyła go zupełnie. Zamiast zwyczajowego „A kto kurwa za mnie ZUS zapłaci?!”, Bareja uśmiechnął się jak Bazyliszek i głosikiem pełnym zdradzieckiej słodyczy powiedział:

- Wszystko pięknie szefuńciu, nie ma sprawy, ale ja to muszę mieć na piśmie!

Leśniczy Zdzisio zbyt wiele lat przepracował wśród rozmaitych żmij i intryg związanych z trwałą, wielofunkcyjną i zrównoważoną gospodarką leśną, żeby dawać komukolwiek podpisane przez siebie pisma, toteż uśmiechając się pobłażliwie odpowiedział:

- Szanowny kolego! Polecenie otrzymałem prosto od zastępcy nadleśnego, toteż jeśli chcesz jakichś pism, drałuj prosto do Garłaczów, a ani chybi wydadzą ci odpowiednią bumagę!

- A pewnie, że pojadę!- oświadczył szef ZUL- Niezwłocznie!

I rzeczywiście pojechał.

O dziwo, zastępca nadleśniczego przyjął go nieomalże natychmiast.

- Szefuńciu kochany!- zaczął Bareja- Leśniczy mi tu oświadczył, że wstrzymano pozyskanie. Wstrzymano, to wstrzymano, ja do tego nie mieszam się, ale szefuńcio, niech mi machnie zaraz owo polecenie na piśmie!

Zastępca zrobił głupawą minę:

- A po cóż panu takie pismo? Nie wystarczy panu polecenie ustne?

Bareja uśmiechnął się jadowicie, niczym żmija zygzakowata czy inny grzechotnik i powiedział głosem przepełnionym zdradziecką słodyczą:

- Chciałbym mieć takie oto pisemko, na wypadek gdybyście pod koniec roku zapragnęli mnie ciągać i karać finansowo za niewykonanie planu pozyskania.

Zastępca zdębiał.

Takiej bezczelności ze strony wykonawcy usług leśnych nie doświadczył nigdy przedtem, ani się jej nie spodziewał.

Patrząc na chytrą twarz Barei, myślał intensywnie:

„Nie mogę mu dać takiego pisma, bo przecie mogę się podłożyć, kuźwa jego księgowa!”

- Coś leśniczy musiał pochrzanić- chrząknął zakłopotany usiłując wybrnąć w spontaniczny sposób- Część leśnictw może pracować w normalny sposób i jak się zdaje Krużganki są na tej liście!

- Tak właśnie myślałem- powiedział Bareja z uśmiechem godnym Lukrecji Bordżii- Ach ci leśniczowie, zawsze coś popierdolą! Chwała Bogu, że w nadleśnictwie czuwa zawsze ktoś z głową na karku!

- Proszę wracać do pracy- czerwienił się zastępca.

Bareja wyszedł z gabinetu zastępcy zadowolony.

Mniej zadowolony był leśniczy Zdzisio, któremu w krótkiej, acz zdecydowanej rozmowie telefonicznej, dostało się od zastępcy, że nie potrafi przekazywać poleceń służbowych ZUL-om, że nasyła ich na szefostwo nadleśnictwa, kiedy to owo kierownictwo nie ma czasu na takie idiotyzmy, że na jego miejsce jest stu innych, którzy na pewno nie będą popełniać takich błędów.

Gniew zastępcy był uzasadniony, albowiem należy pamiętać, że w Lasach, każde, nawet najgłupsze i byle komu wręczone pismo, może stać się gwoździem do trumny pięknej, leśnej kariery.

 

Derektor vs Wajrak. To by była walka!

22 sty

- Ten nasz derektor to tylko mocny w gębie- powiedział podleśniczy siorbiąc Najświętszą Kawę Kancelaryjną, spluwając ostentacyjnie, ale i z niezwykłą dbałością o każdy szczegół kawowymi fusami.

- A w czym ma być jeszcze mocny?- zapytał leśniczy Zdzisio.

- No jest jeszcze parę obszarów, gdzie Jego Ekscelencja powinien dysponować odpowiednimi przewagami nad pospólstwem leśnym – odparł podleśniczy- Ja to bym chciał zobaczyć starcie intelektualne Wajraka z Ekscelencją. Tytani myśli i idei. Taki pojedynek na argumenty. Powiedziałbym nawet, że debatę. Ciosy słowne. Chwyty intelektualne. Pułapki logiczne i zapędzanie przeciwnika w kozi róg za pomocą chytrych pytań. Szybko by się okazało, który z nich mądrzejszy.

- Głupiś jak bukowy wieszak. Kto by w naszych Lasach taką debatę urządził, niepewny jej wyniku, skoro pomiędzy Ekscelencją a Wajrakiem nie występuje żadna zależność służbowa?- popukał się w czoło leśniczy Zdzisio.

- Ale że niby co?- nie rozumiał podleśniczy.

- Ano to, że Wajraka nie da się odwołać.

 

Zakład Usług Leśnych prosto z piekła

13 sty

Koniec końców, przetarg na usługi leśne w nadleśnictwie Garłacze rozstrzygnięto. Ku rozpaczy leśniczego Zdzisia, Zakład Usług Leśnych, który przez wiele lat kooperował z nim ku chwale TZW gospodarki leśnej, poszedł na dno, jak faszystowski statek szpitalny „Wilhelm Gustloff”. Zgubiła go niezmierna chciwość, nienasycenie i obrzydliwa żądza mamony, która kazała mu podyktować takie stawki na usługi leśne, że jego ofertę można by pokazywać jako przykład wyjątkowej zachłanności i nienażarcia.

Przetarg wygrał za to ZUL Bareja, który miał niestety złą sławę w okolicy, nie płacił pracownikom, nie przestrzegał BHP, nie wykonywał prac terminowo. Jednakowoż wadium wpłacił. No i zaoferował nadleśnictwu tak niskie stawki, że nie było innego wyjścia. Zrazu powzięto podejrzenie, że zatrudni pracowników z krajów, gdzie pokazawszy dolara na ulicy, można wywołać rewolucję w całym państwie.

Szef ZUL, pan Bareja, postanowił działać bez zbędnej zwłoki i czym prędzej zadzwonił do leśniczego:

- Szefuńciu! Ja bym chciał działeczki zobaczyć! Coś trzeba zacząć robić w tym nowym roku! Ja mam czas o 9 szefuńciu! Przywiozę ludzi, żeby już coś zaczęli działać szefuńciu! No i gdzie ja mam sprzęt stawiać? Jest porządny plac koło leśniczówki? Ma szefuńcio jakiś warsztacik?

Leśniczy Zdzisio był zdumiony. Rozpieszczony przez współpracę ze spolegliwym ZUL-em, nie był zwyczajny do tego typu rozmowy i przez zaskoczenie dał się namówić na spotkanie z ekipą pana Barei za dziesięć minut, choć wydawało mu się niemożliwym, aby ktokolwiek, nie posiadając cudownego płaszcza czarnoksiężnika Rumburaka, mógł dostać się na miejsce tak szybko.

Istotnie, czekał całą godzinę, aż dymiący i huczący busik z niemieckiej fabryki Volksvagena, który przechodził przegląd tylko i wyłącznie dzięki wstawiennictwu Matki Boskiej Częstochowskiej, zajechał z fasonem na miejsce.

- Interesiki!- usprawiedliwił się szef ZUL- Długo szefuńcio czekał? Trzeba było coś sobie poodbierać w międzyczasie, to by szefuńcio nie zmarnował tyle czasu!

- Co miałem odbierać, skoroście niczego jeszcze nie nacięli?!- zadał logiczne pytanie leśniczy Zdzisio, na co Bareja odpowiedział nerwowym:

- Hi, hi!

- To ta działeczka szefuńciu?- zapytał w chwilę potem, gapiąc się z drogi na las- Słabiutka szefuńciu, słabiutka! Taką działeczkę szefuńcio daje na początek współpracy…

- Przecież jeszcze jej pan nie oglądał!- chrząknął leśniczy Zdzisio.

- Ale wy zawsze dajecie słabiutkie działeczki!- machnął ręką szef ZUL- A oto moi ludzie!- zawołał i ryknął w środek busika- Wysiadać!

Gromadka robotników wygramoliła się z pojazdu.

- Co im się stało?- wystraszył się leśniczy Zdzisio- Skąd oni są? Prosto z pontonu z bezkresów śródziemnomorskich?

- Coś pan szefuńciu!- obraził się Bareja- To wysoko kwalifikowana kadra!

- A gdzie ich ubrania ochronne? Gdzie hełmy?- dopytywał leśniczy.

- Zaraz przywiozę. Zapomnieliśmy zabrać. To ja pojadę, a oni niech już zaczną coś robić!- powiedział szybko właściciel ZUL, wsiadł do busika i pojechał.

- Muszę was przeszkolić i wpisać do książki na tę okazję!- oznajmił leśniczy Zdzisio- Proszę podawać mi nazwiska.

- Wałkoński Ryszard!- wyseplenił pierwszy.

- Nierobko Sergiusz!- przedstawił się drugi- Ja z Bindźugi.

- Obibok Zygmunt- przyznał się trzeci robotnik.

- Adam Małysz!- powiedział czwarty, najmniejszy.

- Ty Wiesław z leśniczym w durnia nie walaj, bo tu o Behape się rozchodzi!- powiedział Wałkoński i zwrócił się do leśniczego- On alementów nie płaci i dla obcych to on jest Adam Małysz. On pracuje na umowie o dzieło.

Okazało się, że Adam Małysz w rzeczywistości to Wiesław Leniwko.

Kiedy leśniczy przedstawił im instruktaż stanowiskowy okazało się, że wiele z tego co powiedział, było dla pracowników sensacyjną nowością. Świadczyły o tym szeroko otwarte oczy i usta instruowanych.

- Ma ktoś właściwie kurs pilarza?!- zapytał leśniczy podejrzliwie.

- Ale leśniczy drobiazgowy- machali rękami robotnicy- Po co nam kurs, jak ten dureń Bareja pilarki wziął ze sobą, a znając jego prędzej jak pod fajrant nie wróci.

I tak było w istocie.

Bareja wrócił pod sam koniec dnia. Robotnicy w międzyczasie zdążyli się upić do nieprzytomności, albowiem w termosach zamiast herbaty, mieli wódkę. Cała wina spadła na leśniczego Zdzisia.

- I jak szefuńcio ich pilnował?- zdenerwował się szef ZUL- Ładnie my zaczynamy współpracę!

Kiedy dymiący i huczący busik zniknał za zakrętem, leśniczy Zdzisio wzniósł oczy ku niebu i poskarżył się Jowiszowi Kapitolińskiemu:

- Mało mi podagry, prostaty, chorego kolana i zębów bolących, toś mnie jeszcze ukarał ZULem z piekła rodem!

 

Marzenie inżyniera nadzoru – Nadkontrolka

10 sty

Nadleśniczy nadleśnictwa Garłacze narady gospodarcze prowadził samodzielnie. Prędko przekonał się, że jego zastępca, nie potrafi przeprowadzić ich ani brawurowo, ani burzliwie, przez co leśnicy nie potrafili zapamiętać nawet najważniejszych rzeczy, toteż prowadził je sam i był z tego powodu dumny, zapewniając atrakcyjność comiesięcznego show na wysokim poziomie

Tym razem przedstawił swój najnowszy pomysł:

- Niektórzy z panów leśniczych, jak zwykle, okazali się patentowanymi durniami. Oczywiście nie wszyscy, ale kilku z was, nie potrafi zaprowadzić elementarnego porządku w prowadzonych przez siebie kontrolkach. Toteż od dnia jutrzejszego wprowadzam do użytku służbowego „Nadkontrolkę”. Będzie to ewidencja wszystkich możliwych kontrolek, gdzie będziecie panowie ewidencjonować wszystkie wpisy do kontrolek zwykłych, daty kontroli oraz wnioski i zalecenia kontrolujących. Oczywiście niech ci którzy mieli porządek w papierach podziękują tym bałwanom, którzy mieli bałagan w dokumentach! „Nadkontrolka” będzie dokumentem najściślejszego zarachowania i po naradzie odbędzie się ich wydawanie za pisemnym poświadczeniem odbioru. Od teraz będzie wiadomo co się wpisało w jakiej kontrolce- dodał złowieszczo nadleśniczy.

I jeszcze bardziej demonicznie:

- Albo czego się nie wpisało…

Po plecach leśniczych przeszły dreszcze.

Tymczasem inżynier nadzoru Mazgaj, słysząc powyższe słowa, mało z radości nie popuścił fizjologicznych wodzy niektórym mięśniom układu pokarmowego.

„Ależ instrument!”- myślał rozgorączkowany-„ Ależ możliwości kontrolowania! Cóż za pomysł! Majstersztyk! Ależ ja pokażę tej bandzie!”

I powiódł tryumfalnym wzrokiem po bladych twarzach terenowej Służby Leśnej. Tylko leśniczy Zdzisio, razem ze swą eksstażystką Marysią, obecnie piastującą niezwykle ważną funkcję p.o. leśniczego leśnictwa Mazgaje, wydawali się obojętni na bieżące wydarzenia i gawędzili w najlepsze.

- Ktoś ma jakieś zapytania w sprawie „Nadkontrolki”?- zwrócił się do leśniczych nadleśniczy.

- Ja mam!- sapnęła Marysia i wstała ociężale- Wszystko to ładnie się prezentuje i widać, że inżynier mało się nie zesrał ze szczęścia, że mu się taki oto oręż daje do łapy, przez litość nie wspomnę, że na podobieństwo dawania małpie brzytwy, ale panie nadleśniczy pozwoli pan, że się zapytam tak kolokwialnie: na chuj nam wobec tego te wszystkie komputery, skoro i tak szesnastokartkowy zeszycik z bałwankami na okładce i tak jest najważniejszy?

 

Na Podlasiu bez zmian. Nadal święta.

08 sty

Święta w nadleśnictwie Garłacze trwały już drugi tydzień z okładem, albowiem po katolickim Bożym Narodzeniu, po hucznie obchodzonym według kalendarza gregoriańskiego, wprowadzonym zresztą przez niezłego hultaja, jakim był papież Grzegorz XIII Nowym Roku,  nastał czas świąt prawosławnych, przez co od połowy grudnia, aż do połowy stycznia (bity miesiąc, jak skrupulatnie obliczył to leśniczy Zdzisio), wszelkie prace leśne zamierały. Baby z biura brały na ten czas wolne, albo też chorowały, terenowa Służba Leśna albo chorowała, albo brała wolne, toteż hulankom, swawolom i innym harcom związanym z udziałem w rozmaitych nabożeństwach obojga wyznań, nie było praktycznie końca.

Tylko właściciele Zakładów Usług Leśnych denerwowali się podczas rozmaitych Wigilii, albowiem przetarg na wykonawców prac leśnych w roku 2017 nadal był nierozstrzygnięty i rozstrzygnięcia widać nie było, albowiem nadleśniczy, postanowił w tym roku (jak i w poprzednim i jak w sumie zawsze) nieco napsuć im krwi i uspokoić buntownicze nastroje, związane ze stawkami za pozyskanie i zrywkę.

Złodziejstwa i szkodnictwa leśnego nie notowano, albowiem największy łobuz leśny w okolicy Tadeusz O. również świętował, choć po odgłosach pochodzących z jego chałupy, trudno było dociec, jakie święta zasadniczo obchodził.

Tylko inżynier nadzoru Mazgaj siedział nad arkuszami papieru i knuł zawzięcie, tak aby mieć cały plan dręczenia terenowej Służby Leśnej gotowy w najdrobniejszym calu na cały rok z góry.

 

Primabalerina. Czyli o Derektorze Generalnym

07 sty

Leśniczy Zdzisio z podleśniczym pili wódkę. Jakkolwiek picie wódki nie jest czymś niezwykłym dla Służby Leśnej, jednakowoż ci dwaj postępowali w naganny sposób z trzech powodów:

- spożywali alkohol w kancelarii leśnictwa, w obecności godła państwowego;

- spożywali alkohol w godzinach pracy;

- spożywali alkohol razem ze stażystą Romusiem, któremu wódka bardzo szkodziła na percepcję i jasność umysłu.

Zresztą wódka podziałała zaskakująco zarówno na leśniczego i podleśniczego, albowiem rozrzewnili się bardzo i zaczęli niespodziewanie wychwalać Derektora Generalnego.

- Toż to koryfeusz nauk leśnych!- chlipał leśniczy Zdzisio- Patrz tu stoi w gazecie!

Tu wskazał na numer „Lasu Polskiego” z grudnia.

- Zobacz jak zadał bobu wszystkim durniom!

Podleśniczy zamglonymi oczami usiłował odcyfrować małe literki.

- Bladź okularów zabył ja!- poskarżył się nieco bełkotliwie- Ty czytaj!

- Tu stoi, że ci co przeczytawszy zarządzenie numer 46, a go nie zrozumieli, to banda osłów! Że nie mają zdolności czytania ze zrozumieniem! Tak powiedział pan Derektor! Tak, tak! Po to on nad nami postawiony! Żeby tłumaczyć! Cóż my przy nim?! Jako ten trzcinnik przy dębie!- tłumaczył leśniczy Zdzisio.

- Boh moj Boh!- zdumiał się podleśniczy- Toż to ministerialna głowa! Tak powiedział! Zuch! Przecież to najczystsza prawda! Nie każdy ma zdolność zrozumieć wszystko! Weźmy taką fizykę kwantową…

Tu stażysta Romuś, oszołomiony wódką, wybełkotał, że sprzedaż drewna ma tyle wspólnego z fizyką kwantową, co gronostaje z budową mostu pontonowego, że o sprzedaży można napisać zwięźle i jasno, że genialne są wyłącznie proste rzeczy (tu wskazał na żarówkę), a jak ktoś ma aspirację być drugim Stendahlem czy innym Proustem, to niech pisze powieści a nie zarządzenia dla administracji leśnej.

Leśniczy Zdzisio z podleśniczym byli porażeni:

- Ty Romuś więcej nie pij! Władzę szargasz! Postponujesz! Wywrotowiec!

Zza ściany rozległ się grzmot głosu małżonki leśniczego, rosłej i postawnej Kaszubki:

- A wy też dobrzy durnie! Sami na Romusia napadacie, a zarządzenie Derektora macie za przeproszeniem w dupie!

- Co ty babo gadasz?!- zdenerwował się leśniczy Zdzisio- Jakie znowu zarządzenie?!

- A o biesiadach leśnych!- zahuczała małżonka- Stoi tam, że podczas biesiad ma się spożywać Dary Lasu, a jeśli cebula i ten ordynarny śledź, którym zakąszacie wódkę,  są Darami Lasu, to ja jestem baletnica z Teatru Balszoj! I zadziwia mnie ta nagła wasza miłość do Derektora Generalnego, którego nieraz żeście w tej kancelarii obrażali grubymi słowy!

- Albowiem dopóki żyje Jarosław Kaczyński, innego pana Derektora mieć nie będziemy!- pociągnął nosem leśniczy Zdzisio.

Te słowa do końca rozrzewniły pijących. Po chwili wszyscy trzej płakali jak bobry, albowiem jak to się mawia po niektórych melinach: „wódka przez nich płakała”…

 

Cennik na choinki musi być!

18 gru

Eksstażystka Marysia, obenie piastująca ważną funkcję pełniącego obowiązki leśniczego leśnictwa Mazgaje, łuskała sobie spokojnie petki słonecznika w kancelarii, kiedy niespodziewanie wkroczył do niej inżynier nadzoru Mazgaj.

- Tfu!- splunęła Marysia- Czego?! W Urzędzie Skarbowym teraz robisz, że bez zapowiedzi wpadasz? A może do CBA? Z twoim charakterkiem pasowałbyś do takiej służby!

Mazgaj przyzwyczajony do obcesowych zachowań Marysi powiedział lodowatym tonem:

- Jeszcze przyjdzie czas, że pożałujesz!

- Czego chcesz, a konkretnie, bo jak widzisz zajęta jestem!- lekceważąco machnęła ręką Marysia i prowokacyjnie splunęła pestką słonecznika.

- Z polecenia pana nadleśniczego sprawdzam w kancelariach, jak wywiązujecie się z obowiązku umieszczenia w widocznym miejscu cennika na choinki- wyrecytował Mazgaj.

- A na chuj mi cennik, jak ja choinek nie posiadam?- splunęła Marysia- Toż nie miałam przygotowywać nic do sprzedaży, ze względu na całkowity brak drzewek świątecznych na terenie leśnictwa Mazgaje, co uzgodniłam z zastępcą nadleśniczego!

- Nic mnie nie obchodzą takie ustalenia, cennik musi wisieć w widocznym dla ludności miejscu! I proszę mi nie opowiadać, że na terenie leśnictwa Mazgaje nie ma choinek! Byłem tu leśniczym! To wiem!

- Byłeś tu kuźwa jego własna, figurantem, co nawet granic leśnictwa nie poznał!- podniosła głos Marysia- I pamiętaj, że to co ma długie igły to sosna, a nie tradycyjnie przeznaczany na choinki świerk! Ludzie w XXI wieku, w dobie telewizorów tak płaskich jak twój charakter, nie dadzą się na to nabrać, choćbyś nie wiem co miał napisane w swoim zasranym cenniku!

Potem nie wiadomo w jaki sposób, wywiązała się szarpanina pomiędzy Marysią i Mazgajem. Z notatki służbowej jaką później sporządził inżynier, wynikało, że został bezpardonowo zaatakowany, przez będącą zapewne pod wpływem substancji psychotropowych Marysię, na co ta odpisała w wyjaśnieniu, że: „ (…) każdemu nerwy by puściły, mając do czynienia z takim idiotą jak w/w inżynier nadzoru, który jest zwykłym (…) i (…), nadającym się tak do nadzoru, jak szczeniak rasy york do pilnowania złota w osławionym forcie Knox w Ameryce (…). Jaka uczelnia takim idiotom dyplomy rozdaje, to ja nie wiem – snuła rozważania w wyjaśnieniu Marysia- Ale widać, że w/w inżynier nie chodził do gimnazjum, bo już by go tam życie nauczyło, jak się wśród ludzi zachowywać(…)”.