RSS
 

Archiwum - Listopad, 2014

Jebło w Dziemianach!

30 lis
„Jebło w Dziemianach! Magazyn spłonął!”
Strwożony Stacho, stanął przed żoną!
Małżonka z piskiem: „Mężu kochany!
Gdzież są na Boga owe Dziemiany?!”
 
„Nie wiem Tereso! Może pod Zgierzem?!”
„Że niby w łódzkiem?! W to ja nie wierzę!
Prędzej wygląda to na opolskie!
Boże, jak słabo znasz naszą Polskę…”
 
„No ale jebło! Tu napisali,
Że nie wiadomo co będzie dalej:
Obok w budynkach szlag trafił szyby
I jeden strażak prawie nieżywy!”
 
„Lecz gdzie są mężu owe Dziemiany?!”
„Nie napisano!!! Boże kochany!
Może pod Ełkiem, może pod Piłą,
Może się komu co pomyliło?”
 
Stach wziął atlasy oprawne w skóry,
Na oko wsadził monokl ponury
I po godzinie całkiem zziajany:
„Wiem gdzie, na Boga, leżą Dziemiany!”
 
„To na Kaszubach! Nie warto było,
Żeby nas wielce to obchodziło!
To prawie Niemcy! Niech więc wybucha!”
Orzekł pan Stacho i nos wydmuchał.
 
http://wiadomosci.onet.pl/trojmiasto/dziemiany-wybuch-i-pozar-w-magazynie-srodkow-pirotechnicznych/7b7jn

 

 

 
 
 

Arcybiskupi Puszczy Białowieskiej

29 lis

Puszcza Białowieska, jak wszyscy wiemy, jest unikatowa, jedyna w swoim rodzaju i po prostu piękna. Oczywiście na świecie są ludzie, którym sto razy bardziej podoba się Pustynia Mojawe czy nawet Gobi i nie ma się co oburzać – jeden woli fiołki, drugi lubi aniołki (jak mawiał Sancho Pansa). Żeby zachować piękno puszczańskie dla przyszłych pokoleń, należy ją bezwzględnie chronić. Każdy ma swój na to pomysł – leśnicy chcieliby to robić za pomocą wytrychu o nazwie „trwała, wielofunkcyjna i zrównoważona gospodarka leśna”, a plemię Wajraków, zakazem wstępu wszelkiej gospodarki, a nawet zakazem wszelkim, żeby nic przyrodzie nie zakłócało spokoju.

Trwała, wielofunkcyjna i zrównoważona gospodarka leśna, jest oczywiście zabiegiem PR, który tak naprawdę nic nie oznacza, sam termin ma brzmieć dostojnie i dumnie, tymczasem jest frazeologiczną wydmuszką i chwytem propagandowym, który ma społeczeństwu udowodnić, a już najbardziej samym leśnikom, że dzięki temu hasłu, stoją zawsze na posterunku. Jak jest wiadomo. Więcej w lesie przypadkowości niż zrównoważenia. Więcej środków doraźnych niż trwałości, a termin „wielofunkcyjna”, oznacza dla narodu chyba to jedynie, że leśnicy zajmują się nie tylko pozyskiwaniem drewna, ale i  budują kapliczki i karmią gimnazjalistów kiełbasą. Nic więc dziwnego, że plemię Wajraków traktuje leśników jako barbarzyńców w ogrodzie, jak małpy z brzytwami, których jedynym celem, jest zrobienie „kuku” przyrodzie ojczystej. Dla plemienia Wajraków Puszczę należy chronić całą. Zakazać tam gospodarki, wycinania czegokolwiek, a ruch ma się tam odbywać jedynie po wyłączonych szlakach. Objąć ją po prostu rygorystycznie ochroną jako Park Narodowy, rezerwat ścisły. To rozwiązanie jest niedemokratyczne i po ludzku niesprawiedliwe. Dlaczego jedni będą mogli łazić po całej Puszczy, a inni będą mieli zwiedzać ją szlakami? Skoro ma się chronić Puszczę przed ludźmi i ich wpływem na jej rzadkie ekosystemy, powinno się zlikwidować wszelkie miejscowości na jej terenie, wszelkie Białowieże, Teremiski i Topiła, ogrodzić wysokim płotem i niech sobie przyroda dokazuje tam rozbuchana. Żadnych badań. Żadnych naukowców. Żadnych elit i wybranych przyrodniczych kapłanów. Odgradzamy ją od świata zewnętrznego i niech każde zwierzątko, każda ryjówka, każdy żubr, decyduje o swoim losie. I tak po kolei każdy park narodowy w tym kraju. Odseparować ludzkość od przyrody. Ludzkość jej bowiem szkodzi. Ludzkość wszakże nie jest naturalna. Nawet plemię Wajraków, a może przede wszystkim ono, ponieważ składa się w większości z ludów, namiętnie oglądających zdjęcia swoich kapłanów w internecie.

Nie zgadzam się na takie rozwiązanie problemu Puszczy, aby zostawić na jej terenie kasty kapłanów, którym jest już tam dobrze i ciepło, którzy niejako się na jej terenie „uwłaszczyli” (ach jaki słodki polityczny termin), a reszcie społeczeństwa prezentować skrawki tego bogactwa za pomocą zdjęć rozkładającego się drewna i dzięciołów. Również chcę mieć prawo do pójścia przez Puszczę gdzie mnie oczy poniosą, ponieważ takie jest prawo każdego człowieka związanego z przyrodą szczególnymi więzami. Większość ludzi wcale nie ma ochoty łazić przez bagna i oparzeliska, większość woli to zobaczyć na fejsbooku, ale nie może być tak, że garstka prałatów, prawem kaduka, będzie mi dozowała Naturę.

To, że Puszczę należy chronić przyzna każdy. Nic innego powiedzieć nie można zresztą, bo nie ma u nas szaleńca, który by się na to odważył. To tak jakby ktoś wzywał do zaprzestania bronienia swojego kraju. Oczywiście, że tylko wróg, zdrajca i wariat może coś takiego palnąć.

Mój pomysł jest taki – zostawmy Puszczę w spokoju. Albo wszyscy będą mogli po niej łazić, albo nikt. Wysiedlamy ludzi, dajemy im nowe mieszkania w innych, pięknych miejscach (ochrona przyrody musi kosztować), budujemy wysoki płot wokół, tak żeby żadna ludzka noga już tam nie postała i zapomnijmy o Niej raz na zawsze. Niech tam sobie szumi dumna i odwieczna, niech się rządzi sama swoimi prawami. „Skoro nie umiesz się ładnie bawić, to chowam zabawki do szafy!” jak mawiała mamusia pewnego Karolka i miała rację.

 

 
 

Raz swawolny Tadeuszek

28 lis

Raz swawolny Tadeuszek,

Szeptał kłamstwa do babć uszek.

Głos miał do nich wręcz stworzony –

Jak hiszpański narzeczony…

 

Miał mikrofon szczerozłoty

(Przez to kochał tę robotę) -

Babcie łkały rzewnie potem:

„Twoja mowa – szczerym złotem!”

 

Raz niestety, po północy,

Chrząknął coś o Żydów mocy:

Że nie z Nieba jest im dana –

Że już raczej od Szatana.

 

Stwórca, choć był pobłażliwy,

Czuł się jakby wpadł w pokrzywy:

„Kwestionują me wybory?!

Jakieś  Ojce Dyrektory?!”

 

Oprócz srogiej tej nagany,

Głosik Tadzio miał zabrany!

Odtąd charczał na antenie

Tak jak Nergal, potępieniec!

biskup-crop

 
 

Rączki rączki Hans!

28 lis

Wstyd się przyznać, ale zawsze bardziej wolałem sturmabannfurera Hermanna Brunnera. To było najczystsze współczucie, ponieważ Hansa Klossa kochały wszystkie baby, wszystkie chciały mieć z nim rozmaite niebezpieczne przygody (w filmie, nie wiadomo dlaczego, żadna z nich nie skończyła się ciążą, choć co odcinek miał po kilka „narzeczonych”, w tym kilka Niemek), strzelał z pistoletu seriami i jednym strzałem zabijał mrowia Niemców. Nie wspominając o tym, że swoją słowiańską inteligencją, przerastał całą hitlerowską generalicję i wszystkich ich wystrychnął na dudka, doprowadzając na koniec filmu do zakończenia wojny (bez Hansa Klossa wojna potrwałaby jeszcze ze dwa lata i zakończyła zatknięciem niemieckiej flagi nad Kremlem). Biedny Brunner nie miał takiego powodzenia i ciągle coś popijał, z czego można wywnioskować, że borykał się z depresją. Zapewne zżerało go to, że ciągle wychodził na durnia.

Kiedy już człowiek się cieszył, że wreszcie Brunner wygra, że wreszcie da popalić lalusiowatemu Klossowi – a następowało to w słynnej scenie „Rączki, rączki!”, zawsze chciałem wrzasnąć: „Strzelaj durniu! Na co czekasz!?”. Wiadomo było przecież, że jak zaczną gadać, to Kloss coś wymyśli i znów wygra. Nawet patrzeć nie mogłem na to, że Brunner okazuje się taki głupi, że pomimo ciągłego żłopania koniaku i palenia cygar (wtedy myślałem, że koniak i cygara są przeznaczone wyłącznie dla ludzi o ponadprzeciętnej inteligencji), okazuje się takim bałwanem.

Jakie to byłoby piękne zakończenie filmu, gdyby główny bohater został zastrzelony w ciemnej piwnicy. Takie polskie! Oczywiście tak się nie stało, bo w tamtych czasach, przynajmniej w filmie, Polak musiał być najmądrzejszy.

Kloss zawsze będzie denerwował prawdziwego Polaka, ponieważ bezustannie i wszystko mu się udawało, cokolwiek sobie wymyślił, co jest oczywiście opowieścią typu „science-fiction”, bo wiadomo, że prawdziwemu Polakowi prawie nic i nigdy się nie udaje. Jak się udaje, to znaczy, że do jego genów wkradł się jakiś wątek pochodzący z innych narodowości (albo się babka źle prowadziła, albo front przechodził wte i wewte). Brunner w takim razie musiał mieć babcie i dziadków Polaków, nie wspominając o rodzicach, ponieważ całe jego serialowe życie to pasmo niepowodzeń. Dlatego Polak bardziej identyfikuje się z porażkami sturmbannfurera niż ze zwycięstwem fałszywego kapitana Abwehry. Taki paradoks.

Oto niezmordowany prześladowca Klossa w filmie „Stawka większa niż życie”

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii O wszystkim po trochu

 

Wybory na nadleśniczego!

27 lis

Jeśli się zastanowić, kto jest ważniejszy na urzędzie – Prezydent Polski czy nadleśniczy, to choćby nie wiem jakbyśmy się zastanawiali i z jakiej opcji politycznej byli, wyjdzie na to, że stanowisko Prezydenta jest nieco ważniejsze. Toteż zdumieniem napawa fakt, że Prezydenta wybiera każdy rodak posiadający prawa wyborcze (nawet stary Mackiewicz mógł wybierać, póki go, łobuzy, nie zamknęli w szpitalu psychiatrycznym, a i to nie wiadomo czy tam nie głosuje), a nadleśniczego nie wybiera się demokratycznie, tylko dostaje w prezencie od Derekcji. Obecnie prezenty nietrafione można w sklepach wymieniać, natomiast od prezentu dyrekcyjnego reklamacji nie ma, nie ma żadnego odwołania, trzeba czasem zęby zacisnąć, a czasem i co niżej.

Dość braku demokracji w instytucji tak transparentnej i przejrzystej!

Skoro leśnicy mogą brać udział w wyborach prezydenckich, to na to żeby wybrać sobie nadleśniczego wcale nie są za głupi! Ba! Nawet babom z biura należy się głos w tej sprawie i niech też mają prawa wyborcze! Kiedyś nadleśniczowie wysuwali postulaty, żeby wszyscy leśniczowie posiadali studia, to skoro mamy tak jaśnie oświeconą na studiach załogę, to nie obawiajmy się wyborów przez nią dokonanych! Oczywiście, przepisy wyraźnie mówią, że nadleśniczego powołuje i odwołuje Derektor Regionalny, ale przepisy i ustawy nie są dane raz na zawsze. Na stanowisko Derektora tym bardziej powinno się zorganizować wybory – w całej Derekcji, a co! A na stanowisko Derektora Generalnego w skali kraju! Można to zresztą wszystko razem połączyć. Mamy w lasach system informatyczny tak wspaniały, który nie tylko potrafi wyszukać drewno przelegujące w lesie dłużej niż sto dni, ale i z wyborami poradziłby sobie dużo lepiej niż komputery PKW (niech im ziemia lekką będzie).

Kandydaci musieliby przeprowadzać normalną i uczciwą kampanię wyborczą. Obiecywaliby deputaty w grabie i jesionie, a nie w sośnie czy świerku. Ryczałty rozjazdowe przekraczające średnią krajową. Dodatki funkcyjne…Każdy by dostał dodatek funkcyjny, nawet pani Krystyna, która za pomocą środków czystości, utrzymuje nadleśnictwo w jako takim porządku. Czy wyobrażacie sobie państwo premie w roku wyborczym?! Posiłki regeneracyjne, które nadawałyby się do spożycia… A do tego miłe i uprzejme traktowanie. Żadnych tam wysyczanych uwag przez zaciśnięte zęby. Już by nie wpadał żaden nadleśniczy na narady niczym jastrząb pomiędzy strwożone  kurczęta, o nie! Trzy razy by się zastanowił, zanim by kazał pisać jakieś wyjaśnienie. Już by go potem załoga skarciła odpowiednim głosowaniem. Nic tak ludzi nie motywuje do układnej grzeczności jak bicz boży w postaci wyborów. Oczywiście cztery lata to za dużo na jedną kadencję. Urzędowanie nadleśniczego powinno trwać rok. Przez rok nikt nie zdąży za dużo narozrabiać no i załoga miałaby szybciej okazję do zweryfikowania swego wyboru.

A taki Derektor? Dziesięć razy by się zastanowił czy przysłać jakiegoś inspektora do lasu. Po co stresować wyborców?

Dopiero kiedy wprowadzi się wybory na ważniejsze stanowiska w Lasach Państwowych, będziemy mogli mówić o prawdziwej transparentności i przejrzystości jej działań. Obecnie przeprowadza się konkursy. Konkursy są, jak wszyscy wiemy do bani, ponieważ zawsze wygrywa je najlepszy i wszyscy z góry wiedzą, kto według Derekcji jest najlepszy.

Skoro ludzie nie są za głupi, żeby dbać o trwałą, wielofunkcyjną i zrównoważoną gospodarkę leśną (cokolwiek to oznacza), to nie są za głupi na to, żeby wybrać sobie szefa.

 

Nigdy, przenigdy nie zapominaj o imieninach

26 lis

Możesz zapomnieć języka w gębie, „Wierzę w Boga”, słów hymnu narodowego, możesz zapomnieć  w którym roku zakończyła się Druga Wojna Światowa, a nawet PIN-u, ale nigdy bracie nie zapominaj o imieninach.

Nawet gdy usłyszysz, że „Imieniny nie są dla mnie takie ważne… właściwie ich nie obchodzę…” to wiedz, że te słowa to najbardziej podstępna pułapka, która ma uśpić Twoją czujność.

Jeśli jednak zapomnisz, możesz zrobić kilka rzeczy, które pozwolą ci uniknąć przykrych konsekwencji, niemego wyrzutu w oczach, czasem nawet łez ( na początku), a potem kłótni i wrzasków (to już potem). Przede wszystkim możesz uciec z domu. Wiadomo, że jest to sposób na rozwiązywanie problemów dla nastolatków, ale czasem jest za mało czasu żeby wymyślić coś lepszego. Można zamknąć się w łazience i udawać ostry przypadek grypy żołądkowej – też słabe, ale nie trzeba wychodzić na dwór. Możesz złamać rękę. To jest bardzo trudne, ale bardzo działa na kobiety.

 Jednym z głupszych sposobów na tuszowanie skandalu jest udawanie, że straciło się rachubę czasu. „Myślałem, że to jutro” strasznie pogarsza sytuację. Lepiej nic nie mówić, drapać się po głowie i robić smutne oczy. Pełna skrucha i nieme prośby o wybaczenie.

Oczywiście najlepszą metodą obrony jest atak. Frontalny i atomowy. Taki z grubej rury, bo przecież sprawa nielekkiego kalibru! Strasznie ciężko coś przychodzi do głowy tak od razu, ale czasem Bóg ulituje się nad grzesznikiem i ześle mu jakiś temat żeby się przyczepić. Brudne kubki pod stołem. Skarpety za łóżkiem. Ogryzki na parapecie. Kurz na okapie. Zmywarka zapełniana do połowy. Tłuste plamy na lustrze. Byle dużo, szybko i co ważne – głośno. I nie dać się zepchnąć do obrony, bo jak znów będziemy w defensywie, to jak amen w pacierzu, ostatnim ciosem będą zapomniane imieniny.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii O wszystkim po trochu

 

Nigdy nie głosuj po alkoholu!

26 lis

Jako wyborca leśniczy Zdzisio był do niczego. Nie dość, że był niezdecydowany, to jeszcze w sobotę poprzedzającą największe święto demokracji, nachlał się spirytusu rektyfikowanego, zmieszanego z wodą, w proporcjach 50/50, co doprowadziło go do ostatecznej obstrukcji wyborczej, ponieważ rano, kiedy otwarto lokale wyborcze, leśniczy Zdzisio zamiast wypełnić swój obywatelski obowiązek, leżał na werandzie leśniczówki i prosił o szybką i natychmiastową śmierć. Reszta rodziny, z wyraźną dezaprobatą przestępowała nieszczęśnika w drodze na wybory. Małżonce udało się nawet nadepnąć mu na dłoń, a że buty miała na obcasie…Tymczasem Siły Wyższe, władne skrócić męki przedstawiciela trwałej, wielofunkcyjnej, bla, bla, bla…leśnej, nie miały czasu się nim zająć i ten zamiast umrzeć, zaczął się zastanawiać nad swoimi preferencjami wyborczymi.

„- Na Platformę nie zagłosuję –  rozmyślał leśniczy Zdzisio – Sprywatyzują lasy i stracę robotę. Głosować na nich to jak podnosić rękę na matkę i ojca. Na PIS też nie zagłosuję, wprawdzie partia jest rozrywkowa, ale są przeciwni eutanazji, a ja właśnie dokładnie teraz wiem, że człowiekowi czasem żyć się odechciewa. Wybór między nimi to jakby być zmuszonym do wykonania przysiadu nad rozpędzoną krajzegą…” Przez myśl przeleciał mu PSL, ale dawno temu uznał, że nie będzie głosował na partię chłopską, ponieważ przedstawiciele wsi byli jego największym utrapieniem. To oni każdego ranka czyhali na niego pod leśniczówką, żądając sprzedania jakichś gałęzi.  O SLD mógł zapomnieć od razu, ponieważ nie potrafił kłamać, a gdyby małżonka zapytała się na kogo głosował, nie dostawałby obiadu przez miesiąc za popieranie komunistów i związków jednopłciowych. „Całe szczęście, że się nachlałem!” pocieszał się leśniczy Zdzisio „Mam jako takie usprawiedliwienie i nie pójdę głosować, bo po pijaku człowiek zawsze narobi jakichś głupstw!”.

Kiedy małżonka obwieściła mu po kilku dniach: „Wyobraź sobie Zdzichu, że wybory zostały sfałszowane!” leśniczy nie posiadał się z satysfakcji. „I co? Przynajmniej wiem, że nie przyłożyłem do tego ręki!”.

 Wszelkie imiona występujące w tym wpisie zostały zmienione. Podobieństwo do osób, które pracują w znanej i szanowanej firmie jest zupełnie przypadkowe. Weranda występująca we wpisie właściwie jest gankiem, bez szybek, na której można solidnie zmarznąć.

uffo

 

Żądam emocji w tv!

25 lis

Co do programu „Rolnik szuka żony”, to niestety zawiodłem się i poczułem oszukany. Sądziłem, że jest to program, w którym rolnik poszukuje żony, ale już posiadanej, zatwierdzonej oficjalnie – czy to przez złożenie odpowiedniej deklaracji w USC, czy nawet małżonki konkordatowej. Sądziłem, że program ten opisuje perypetie tych rolników, których małżonki, znudzone dostatnim życiem na wsi, brakiem rozrywek w długie zimowe wieczory, coniedzielną rewią mody w kościele parafialnym, czy świniobiciami,  dały nogę z domowych pieleszy, żeby zasmakować światowego życia.

To by było dopiero widowisko! Rolnicy przeczesujący miasta w poszukiwaniu swoich małżonek! Kwitujący odbiór ich rzeczy osobistych na Izbie Wytrzeźwień. Wyciąganie żon z rozmaitych melin i podejrzanych przybytków, gdzie skrywałyby się przed mężem, podejmując się tam rozmaitych, kontrowersyjnych prac, włącznie z tańcem na rurze czy innych, jeszcze bardziej niemoralnych, które sprawiałyby, że program „Rolnik szuka żony”, musiałby iść po dwudziestej trzeciej. Gonitwy w pociągach i zatrzymywanie własnym ciałem autobusu PKS! Rolnik wyciągający żonę za kudły z domu konkurenta! Bójki pod blokami nowych partnerów rolniczych żon! Porysowane samochody! Powybijane szyby i zęby! Dużo krwi! Konkubenci i alimenty! Na taką rozrywkę czeka teraz człowiek! Na gorzkie żale nad zsiadłym mlekiem i zmarnowaną gotówką na prezenty. Na kłótnie i inne dialogi których treść i tak musiałaby być „wypikana”. To byłoby prawdzie życie! Cięte riposty przy dojeniu mleka! Błyskotliwe odpowiedzi przy młócce. Mediacje rodzin, a zwłaszcza teściowych, ich wzajemne obrzucanie się błotem w kontekście wychowania swoich dzieci! Wypominanie wysokości posagu czy nieujawnionych chorób synalka (uzależnienie od hazardu, seksoholizm). Głupie wierszyki, obnażające na przykład skąpstwo i materializm męża!

To byłoby prawdziwe szoł na które czeka Naród!

owca

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii O wszystkim po trochu

 

Leśna konserwa

24 lis

Leśniczy Zdzisio był leśniczym starej daty. Nie uznawał ani certyfikatu „efesce” ani tego drugiego, na którym łamał język  Nie uznawał też edukacji przyrodniczo – leśnej. Uważał ją za marnotrawienie pieniędzy. Zwłaszcza fundowanie rozwrzeszczanym gimnazjalistom kiełbasek. Nie uznawał też nowych Zasad Hodowli Lasu, ponieważ twierdził, że nie dla niego postmodernizm w lesie, że nie zmienia się koni w trakcie przeprawy i że stare dużo ładniej prezentują się na półce. Zaraz obok dwóch stert nigdy nie przeczytanych „Głosów Lasu” i „Lasu Polskiego”. Przestał je czytać, odkąd skończyły się ukazywać w nich artykuły o wypadkach w lesie, co jeszcze czasem rozweselało jego zgorzkniałą duszę. Nie znosił ekologów i miłośników przyrody, ponieważ twierdził, że ci pierwsi są mu obcy kulturowo, a ci drudzy udają jedynie miłość do przyrody, a tak naprawdę chodzi im tylko o wyniuchanie, gdzie leśniczy ma swoje najlepsze miejsca na prawdziwki. Kępy ekologiczne doprowadzały go do szewskiej pasji. Uważał, że zamieszkają w nich stada kudłatych ekologów, które będą się tam roić i rozprzestrzeniać na cały las, a potem na cały kraj. Leśniczy Zdzisio nie lubił również drzew dziuplastych. Zaczął je przeklinać, odkąd dzięcioł czarny, mieszkający właśnie w takiej dziupli, narobił mu na nowy mundur, kiedy wybierał się na naradę do nadleśnictwa. Nie lubił suchych drzew w lesie, ponieważ kiedy był początkującym leśniczym dostał naganę za przegapienie jednego uschniętego drzewa. Teraz nie można ich wycinać ze względu na ekologizację i każde z nich, było jak drzazga prosto z serce leśniczego. Nie lubił leśniczy słów „trwała, wielofunkcyjna i zrównoważona gospodarka leśna”, przez co rozumiał, że musi częściej jeździć na pielgrzymki, ubierać się na byle okazję w mundur wyjściowy i dużo częściej stać pod różnymi pomnikami. Poza tym twierdził, że te słowa dla przeciętnego Kowalskiego nic nie znaczą. Najbardziej nie znosił zaś leśniczy Zdzisio zimowej czapki do munduru terenowego. Uważał, że wygląda w niej jak pięćdziesięcioletni przedszkolak i podejrzewał, że robotnicy uśmiechają się do niego nie ze względu na sympatię, ale śmieją się po prostu z jego wyglądu.

czapeczka

 

Słowo na niedzielę

23 lis

Obecnie w Indiach, a dokładnie w mieście GOA odbywa się przerażający spektakl. Na widok publiczny wystawiono zwłoki świętego Francisa Xaviera. Zwłoki jak zwłoki, codziennie się je obecnie pokazuje, ale zwłoki świętego mają ponad czterysta lat i pokazuje się je wyjątkowo rzadko – raz na lat dziesięć. I w tym roku właśnie, każdy kto lubi oglądać przeróżnych Ramzesów i Tutenchamonów, może wybrać się do Indii i pooglądać sobie zasuszone doczesne szczątki świętego jezuity. Trzeba się spieszyć z bukowaniem biletów, ponieważ ta atrakcja będzie trwała jedynie do 4 stycznia, potem ciało się schowa, żeby mogło się poprzewracać w szklanej trumnie.

Po śmierci świętego, jak to u chrześcijan, każdy chciał mieć kawałeczek świętego u siebie. Na szczęście skończyło się tylko na odcięciu prawej ręki i wysłaniu jej do Rzymu, gdzie przechowuje się je w srebrnym relikwiarzu ( co leczy i na jakie schorzenia działa – nie napisano).

Nie wiadomo jak to wytłumaczyć dzieciom. Zabrania się im latać po wsi przebranym za szkieletory i kościotrupy w Haloween, ale kazać im stać w kilometrowych kolejkach, żeby oglądały makabryczną zawartość szklanej trumny jest już w porządku. Zgodnie z zasadą Kalego – „Jak nas straszyć to niedobrze. Jak my straszyć to bardzo, bardzo dobrze!”. Nawet dynia jest mniej straszna niż mumia świętego Franciszka, a przecież wszyscy wiedzą, że nie ma straszniejszego warzywa niż dynia (poza tym zapewnia bezpośrednią łączność z Szatanem).

mumia-crop

Dynia nie jest tak przerażająca.