RSS
 

Archiwum - Maj, 2015

Pies zawinił – leśniczego powiesili.

31 maj

Ogromny popłoch, wśród całej rodziny, która w niedzielny poranek zgromadziła się licznie w kuchni na śniadanie, wywołał dobiegający z podwórka okrzyk małżonki leśniczego Zdzisia, rosłej i postawnej Kaszubki: „Kto go k…a wypuścił?!”. Synowie jako młodsi i sprawniejsi niż sterany trwałą, wielofunkcyjną i zrównoważoną gospodarką leśną ojciec leśniczy, dali nogę z kuchni w tempie jakiego nie powstydziłby się Ussain Bolt, toteż kiedy wpadła do niej czerwona z wściekłości małżonka, przebywał w niej wyłącznie leśniczy Zdzisio. On również chciał opuścić zagrożony teren, ale akurat spadła mu kanapka z dżemem na podłogę, a wiedział, że zostawiając w kuchni taki nieporządek, naraziłby się najstraszliwsze konsekwencje, z zagadaniem na śmierć włącznie.

Małżonka wymachiwała kaczymi zwłokami, które trzymała licznie w prawej ręce:

- Ile razy stary durniu powtarzałam, że nie wolno wypuszczać Szarika kiedy kaczki są na podwórku!? Ile razy?!

Szarik, mieszaniec wyżła z chartem afgańskim, a jak twierdził podleśniczy, który był zamieszany w transakcję kupna-sprzedaży również i teriera, nienawidził wszelkiego stworzenia, jakie ośmieliło się żywą nogą stąpać po „jego” podwórku. Toteż dławił je bezlitośnie.

- To nie ja! – bronił się leśniczy Zdzisio – Poszukaj winnego pośród naszej młodzieży, która wielokrotnie twierdziła, że kaczki srają im na trawę, gdzie grają w piłkę nożną!

- Pięknych masz synalków, nie ma co! – krzyczała małżonka.

- Wszyscy są ministrantami, więc nie ma się co dziwić! – odparował cios leśniczy.

- Nie zwalaj winy na Kościół szubrawcze! Ogień piekielny cię czeka! Rozumiesz?! – darła się małżonka.

- Przecież to Szarik je zagryzł, a nie ja szalona kobieto! – zdenerwował się leśniczy Zdzisio – Zaczyna się robić jak w nadleśnictwie, kuźwa jego mać! Cokolwiek się stanie to winny leśniczy! Jeszcze może mam ci wyjaśnienie napisać?! Mam tego dość!

- To na cholerę pchałeś się na stołek, pod którym zawsze masz tonę dynamitu?!- odparła niespodziewanie rzeczowo małżonka.

kaczkopapugiJedynie hodowla takich ptaków, daje im szanse na przeżycie podczas ataku jakiegokolwiek Szarika.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii O wszystkim po trochu

 

Nie sztuka złapać kornika. Trzeba jeszcze umieć to opisać!

30 maj

- Coś ty tu ponawypisywała żmijo!? – zawołał leśniczy Zdzisio przeglądając kontrolkę pułapek feromonowych na kornika drukarza.

Stażystka Marysia, której zadaniem było uzupełnienie zaległych wpisów, wzięła łyk kawy i zapytała wprost:

- Co się nie podoba?

- Skąd ty takie liczby wzięłaś?! – załamywał ręce leśniczy – Na przykład szóstego maja – milion dwieście tysięcy korników w jednej pułapce! Czyś ty na tę blond główkę upadła? Ty wiesz ile to jest milion korników!?

- Wszystko znalazłam w internecie – odpowiedziała rzeczowo stażystka – Wyguglowałam sobie!

- Łeb sobie wygugluj! – wrzasnął leśniczy – Przecież właśnie jedzie inżynier nadzoru sprawdzać te cholerne kontrolki! I dlaczego raz dajesz ilość w sztukach a raz w litrach? I kto uwierzy, że dwunastego maja było pięć litrów korników w pułapce, skoro pojemnik pod pułapką ma pojemność litra?!

- Chciałam żeby było widać, że nie wypełnia się tego za jednym zamachem, w jednym dniu – tłumaczyła stażystka.

- To się bierze inny długopis! Po to mamy ich tyle! – biadolił leśniczy.

- Dlaczego nie wypełniamy tego na bieżąco? – zadała poważne pytanie stażystka.

Leśniczy zaniemówił. Absurdalność tego pytania odebrała mu całą pewność siebie. Wziął głęboki oddech i wyjaśnił:

- Jak się wypełnia kontrolki na bieżąco i zgodnie ze stanem faktycznym wychodzą takie bzdury, że żaden kontrolujący w to nie wierzy. Wypełniając kontrolkę raz na jakiś czas, masz możliwość korygowania rzeczywistości w taki sposób, aby odpowiadała ona zdolności pojmowania nawet najrozumniejszego inspektora czy najgłupszego inżyniera nadzoru.

- To co my teraz zrobimy? – zmartwiła się stażystka Marysia.

- Plan „B” – odparł leśniczy – Pokażemy kontrolkę z maja ubiegłego roku!

pułapkaPrzy zastosowaniu takiej pułapki, zawsze mamy pewność ile sztuk danego zwierzęcia zostało złapanych!

 

Mroczny przedmiot pożądania

29 maj

- Ależ Mazgaj wczoraj zrzuta znalazł! – powiedział podleśniczy w progu kancelarii.

Na twarzy leśniczego zajaśniał uśmiech:

- I bardzo mu dobrze tak! Ha! Ha! Ha!

Stażystka Marysia poprawiająca rysunki w swoim dzienniku przebiegu stażu (szkicowała uprawę zbuchtowaną przez dziki), zdziwiła się:

- Cieszymy się, że Mazgaj znalazł poroże jelenia?

- Bardzo się cieszymy! – zawołał podleśniczy – Bardzo!

- Dlaczego? – stażystka Marysia mrugała powiekami nic nie rozumiejąc.

- Szukanie zrzutów nie jest zajęciem, że tak powiem dla wszystkich – zaczął tłumaczyć leśniczy Zdzisio – Wszyscy doskonale wiedzą, że znalezienie nawet jednego jeleniego poroża, przynosi określony skutek w postaci niekonwencjonalnych zachowań współmałżonka w sferze obyczajowej!

- To znaczy? – stażystka Marysia potarła policzek.

- To znaczy, że jak się znajduje jelenie poroże, to małżonka znalazcy idzie w tak zwane „ORMO”.

Zapanowała chwila ciszy. Stażystka Marysia najwyraźniej musiała przetrawić jakąś historię z przeszłości.

- I co to było? – zapytał leśniczy Zdzisio- Coś dużego?

- Osiemnastak! – zawołał podleśniczy – Ha! Ha! Ha!

Leśniczy Zdzisio popłakał się z radości:

- A czym się zajmuje małżonka Mazgaja?

- Jest katechetką – odparł podleśniczy nieco poważniejąc.

- O tempora! O mores! – leśniczy Zdzisio załamał ręce – Dokąd ten świat zmierza?

- To nie wolno zbierać zrzutów jelenich? – zapytała stażystka Marysia nieco rozczarowana.

- Oczywiście, że wolno – odparł leśniczy Zdzisio –  Rozwodnikom wolno, wdowcom, kawalerom wolno. Wolno też klerykom i wyświęconym księżom, tyle że nikt potem nie ręczy za ministrantów. Ja tam nigdy nie zbierałem zrzutów! Znając temperament mojej małżonki, rosłej i postawnej Kaszubki, całe to zbieranie rychło doprowadziłoby do rozprawy rozwodowej!

- A my, baby możemy zbierać? –zapytała stażystka Marysia – Czy to wybitnie zmaskulinizowane zajęcie?

- Jeszcze takiej głupiej baby nie widziałem, żeby latała po lesie za kawałkiem kości – odparł leśniczy Zdzisio i miał to naprawdę na myśli.

rogiNigdy nie wiadomo do czego może przydać się poroże (tu na przykład reniferowe), ale zawsze warto nim manifestować swoją postępowość obyczajową!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii O wszystkim po trochu

 

Czy Lasy Państwowe czeka kadrowa karuzela?

28 maj

- Ja tam się cieszę, że PIS wygra jesienne wybory – powiedział podleśniczy żując kawałek boczku.

- Akurat ty nie masz z czego się cieszyć! – odparł leśniczy Zdzisio – Za te twoje dżęder-wykłady przy Mazgaju, będziesz przez nowego nadleśniczego zesłany w najodleglejsze zakątki nadleśnictwa.

- Podobało mi się jedno – ciągnął niezrażony podleśniczy – Jak był Derektor z PIS-u to nakazał sprzedać wszystkie służbowe auta, żeby się te pasożyty z kierownictwa nadleśnictwa nie rozbijały państwowymi samochodami. Teraz to już tylko sprzątaczka  nie ma służbowej fury, ale tylko dlatego, że nie ma prawa jazdy!

- Durniu, jak im zabiorą służbowe auta to przecież my będziemy musieli ich wozić! Już raz tak przecież było! Nie pamiętasz?! – zawołał podirytowany leśniczy – Ot jaki lis farbowany!

- I jeszcze jedno. Za PIS-u cały czas trwała kadrowa karuzela. Nikt nie był pewien jutra, żaden Derektor, naczelnik czy nadleśniczy. Zamykało ich CBA po pierdlach aż miło. Przez to byli i grzeczniejsi i z pracownikami obchodzili się łagodniej.

- Przecież byli niewinni! – zawołał leśniczy Zdzisio.

- Nikogo za niewinność nie wsadzają do mamra – odparł sentencjonalnie podleśniczy – Teraz rozpanoszyli się i dręczą ludzi durnymi certyfikatami, żeby ich wszystkich szlag! Przypomnij sobie też jak ci dranie wprowadzili w lesie optymalizację kosztów i zabrali mieszkania służbowe nam podleśniczym!

Leśniczy Zdzisio nie miał już siły aby walczyć z poważnymi argumentami podleśniczego, więc zdecydował się na typowe dla kancelarii leśnictwa Krużganki zakończenie wszelkich polemik i dysput:

- Głupi jesteś jak but. Ja jestem już za stary żeby znowu zacząć jeździć co dwa tygodnie na pielgrzymki!

karuzaDla niektórych może zabraknąć miejsc po jesiennych wyborach!

 

Chwała Jowiszowi, że Derektor to nie Kaligula!

27 maj

Ot gdyby ktoś w Derekcji Generalnej poszedłby po rozum do głowy, podpowiedziałby Derektorowi, żeby wydał jaką bumagę nakazującą nadleśniczym nabyć do każdej biblioteczki leśniczego książkę Aleksandra Krawczuka „Poczet cesarzy rzymskich”. Zamiast wydawać krocie na bałwańskie książki o chrobotkach i orlikach, na półce każdej kancelarii w Polsce stanęło by dzieło, które pokazałoby i unaoczniło, że władze Państwowego Gospodarstwa Leśnego, a już w ogóle Derektor Generalny nie są takie złe, jak się o nich tyle w kancelariach, jak Polska długa i szeroka gada.

Czy taki Derektor jest jak Kaligula? On to, by pokazać innym senatorom jakimi są durniami, mianował swego ulubionego konia również senatorem. Czy miała miejsce taka sytuacja w Lasach Państwowych aby na wyższy urząd mianowano jakiegoś osła? Każdy z doświadczenia może sam sobie na to odpowiedzieć!

Albo dajmy na to Neron. Nie dość, że kazał zamordować matkę i pierwszą żonę, to po pijaku kopnął w brzuch drugą, ciężarną małżonkę, wysyłając ją na tamten świat. Nie wspominając o tym, że kazał spalić Rzym. Czy znalazłby się taki szubrawiec w zacnym gronie leśnej wierchuszki? Śmiem wątpić. A nawet gdyby, to na pewno by się to nie wydało!

Nikt też nie może powiedzieć, że Derektor przypomina takiego Kommodusa, drania i typa spod ciemnej gwiazdy, będącego jednocześnie cesarzem rzymskim, który najbardziej lubił mordować zwierzęta w cyrku, załatwił na amen siostrę (na usprawiedliwienie trzeba przyznać, że ta próbowała załatwić najpierw kochanego braciszka cesarza –  ot jaka piękna rodzinka) i całą kupę swoich krewnych. O małżonce zamordowanej w pięknych okolicznościach przyrody na wyspie Capri nie wspomnę, bo taki cesarz powinien żonę trzymać krótko – to znaczy niezbyt długo. Skończył zresztą marną śmiercią – najpierw niedokładnie otruty, a potem doduszony w trakcie wymiotów przez tępego osiłka. Nigdy nie słyszałem o podobnych wypadkach w GDLP.

Innym cudownym dzieckiem cesarstwa rzymskiego i epoki był Karakalla, po którym w Rzymie zostały najbardziej imponujące ruiny łaźni, tak zwane termy Karakalli (obejście tej imponującą kupy cegieł dookoła, średnio wysportowanemu leśnikowi zajmuje około pół godziny). Czym miał wypełnioną głowę ów człowiek -nie wiadomo, ale oprócz trocin i sieczki zdaje się, że niewiele można było tam znaleźć. Gdyby taki człowiek został Derektorem Generalnym, historię Lasów Państwowych należałoby napisać na nowo i byłoby tam o wiele więcej krwi, przemocy i zabójstw, aniżeli w sławnym filmie „Piła”. Kogóż zamordował ów wyrodek? Oczywiście swojego rodzonego brata. Pozbawił dziewictwa jedną z westalek, którą potem jako cesarz skazał na śmierć za niedopełnienie ślubów. Mądrala. Oprócz tego kazał wymordować takie mnóstwo ludzi, że przeklęty Herod od Rzezi Niewiniątek, wydaje się barankiem łagodnym. Zginął marnie, kiedy udał się „na stronę” zadźgany mieczem przez spiskowca. Nawet we wschodnich Derekcjach Regionalnych Lasów Państwowych nie dzieją się takie rzeczy!

Wszystko jednak przebił synalek Karakalli, na którego wołano Heliogabal. Muszę wam drodzy czytelnicy powiedzieć, że rzadko spotyka się takiej klasy „artystę”. Po tatusiu odziedziczył wyżej wspomniane trociny i sieczkę zamiast rozumu. Cesarzem ogromnego Imperium został jako czternastolatek. Obecnie takim młodym jegomościom obawiamy się dawać jeździć skuterami, a tu dostał smarkacz rządy nad połową świata.

No się zaczęło.

O tysiącach pomordowanych nawet nie warto wspominać. Nawet konkubenta matki zadźgał własnoręcznie, kiedy ten nakłaniał go do odbywania nieco mniejszej ilości perwersyjnych orgii. Mało mu było mordowania ludzi, więc nakazał dureń urządzenie pokazu polowania, gdzie zamordowano 51 tygrysów. Czyż to nie bałwan?

Oprócz tego przebierał się za prostytutkę i świadczył rozmaite usługi wieczorami. A na koniec „wyszedł za mąż” za niejakiego Hieroklesa. Takie było dżęder w starożytnym Rzymie! Mąż prał równo cesarza Heliogabala, toteż często łaził on po pałacu z niemożliwie obitą gębą. I bardzo to lubił(a).  Koniec tego kabotyna i błazna był oczywisty – zarżnięto go (męża i matkę również) i wrzucono do słynnego kanału na ścieki Cloaca Maxima.

Chwała Bogu, że w Lasach Państwowych póki co tytuły Derektorów nie są dziedziczne!

Dziękujmy zatem bogom rzymskim, że nie dopuścili aby za trwałą, wielofunkcyjna i zrównoważoną gospodarkę leśną, były odpowiedzialne takie typy i łobuzy. jak wymienione przez autora w „Poczcie…”. Byłoby po prostu z Lasami, jak z tym całym Rzymem – „… ch…j, dupa i gałęzi kupa”!

kaligulaGdyby ten pan został Derektorem Generalnym za drewno „przelegujące” powyżej 100 dni na stanie leśnictwa, groziłaby co najmniej śmierć (a w gorszym przypadku odebranie dodatku funkcyjnego).

 

Święto demokracji w leśnictwie Krużganki

24 maj

- Przeklęta! – ryczał wściekły leśniczy Zdzisio – Otwieraj te cholerne drzwi! Powodem wrzasków i krzyków było podstępne zamknięcie leśniczego w kotłowni, przez małżonkę, rosłą i postawną Kaszubkę, zaraz po deklaracji wygłoszonej podczas śniadania na kogo leśniczy odda swój głos w wyborach prezydenckich.

Najgorsze jednak, że razem z leśniczym w zamkniętej na cztery spusty kotłowni znajdował się też Szarik, mieszaniec wyżła z chartem afgańskim, istota nienawidząca rodzaju ludzkiego, a szczególnie Służby Leśnej. Szarik, w którego ślepiach obecnie gotowała się nienawiść z gwałtowną żądzą mordu, gotował się do przegryzienia jakiejkolwiek istotnej aorty leśniczego.

- Jeśli zmienisz swoje zdanie w sprawie głosowania zostaniesz wypuszczony! – zawołała małżonka zza drzwi.

- Nigdy! Matka zawsze mnie przed tobą ostrzegała! – darł się leśniczy – Otwieraj przeklęta, bo mnie ta bestia rozszarpie!

Szarik zaczął toczyć pianę z pyska.

Żona leśniczego, która nasłuchiwała zza drzwi co się dzieje, naraz usłyszała nieprawdopodobny rumor, hałas i straszliwy jazgot, prawdopodobnie Szarika. Usłyszała również słowa „O ty sku…synu!”, które prawdopodobnie wypowiedział leśniczy.

Kiedy otworzyła drzwi kotłowni, jej oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy. Pośród nieprawdopodobnego bałaganu, wśród unoszącego się wszędzie popiołu, na podłodze leżał leśniczy Zdzisio i ostatkiem sił bronił swego gardła przed wściekłym atakiem Szarika.

- Szarik do nogi!- wrzasnęła małżonka leśniczego – Zostaw tego durnia!

Pies pokornie podbiegł do małżonki i zaczął się łasić.

- Ja was oboje zamorduję! – wystękał leśniczy.

- Zanim to się stanie, muszę zadbać o Ojczyznę i o to by prezydentem została odpowiednia osoba zaś Szarik popilnuje żebyś przypadkiem stąd nie wylazł i nie pomieszał szyków nam patriotom!

I zatrzasnęła drzwi kotłowni nakazując Szarikowi bezwzględne pilnowanie pomieszczenia.

Kiedy małżonka wyszykowała swój kościelny uniform w jakim zamierzał udać się jednocześnie do lokalu wyborczego, zaczęła nerwowo przeglądać torebkę.

- Gdzie mój dowód?! – wrzasnęła nagle, rozumiejąc w jednej chwili jak została wystrychnięta na dudka przez leśniczego Zdzisia.

Tymczasem leśniczy, wydostawszy się przez nieprawdopodobnie małe okienko w kotłowni, którego leśniczyna nie uwzględniła ze względu na kancelaryjną nadwagę męża, biegł do najbliższego dołu na sadzonki, aby tam przetrwać pierwszy gniew zarówno połowicy jak i jej piekielnego pomagiera Szarika.

urnaW leśnictwie Krużganki zasadniczo remis w wyborach!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii O wszystkim po trochu

 

Dzika prywatyzacja Lasów Państwowych

23 maj

Pewna rodzina spod Białegostoku,  pochodząca ze wsi i która guzik skorzystała na przemianach polityczno-gospodarczych w Polsce, postanowiła na własną rękę podjąć trud prywatyzacji Lasów Państwowych. Patrząc na ich dom można był się zorientować, że to nie oni byli beneficjentami ostatnich dwudziestu pięciu lat wolności i że poprzez prywatyzację Lasów, postanowili – mówiąc kolokwialnie – odkuć się na dobre.

Mózgiem całej operacji był ojciec, głowa rodziny, przez medyków uznana za osobę nazbyt doświadczoną psychicznie, a nawet niespełna rozumu. Późniejsze jego dokonania pokazały, że był dużo bardziej rozgarnięty niż orzekli medycy, a śmiem twierdzić, że dużo bardziej niż oni sami.

Ojciec orzekł, że prywatyzację Lasów Państwowych należy zacząć na małą skalę, w ograniczonych zakresie, najlepiej na terenie jednego leśnictwa. Rozmach na samym początku procesu prywatyzacji mógłby mu tylko zaszkodzić. Postanowił też nie pchać się w prywatyzację gruntów, budynków, infrastruktury, a skupić się na prywatyzacji drewna, albowiem podczas procesu denacjonalizacji środków trwałych, należy dysponować określonymi dokumentami i tytułami własności, a tych, pomimo ładnego charakteru pisma, ojciec rodziny nie był w stanie własnoręcznie wykonać.

Pierwotnie prywatyzacja wyglądała w następujący sposób: ojciec wraz z synami wybierał się do lasu. Tam, korzystając z sobót, niedziel, późnej pory dnia, prywatyzowali drewno brzozowe na gruntach Lasów Państwowych, potem przewozili je na swoja działkę leśną, a następnie kiedy drewno swoje już odleżało i nabrało cech drewna prywatnego, przewoził je pod osłona zmroku na swoje podwórko, po to by ostatecznie zakończyć proces prywatyzacyjny u klienta w Białymstoku.

Taka prywatyzacja trwała kilka lat. Potem proces denacjonalizacji drewna przeszedł pewną ewolucję. Rodzina zakupiła przyczepkę oraz ubrania identyczne jak pracownicy firm leśnych i jako tacy nawiedzali drogi leśne, prywatyzując drewno prosto ze stosów. Tu należą się słowa uznania dla pomysłodawcy, ponieważ podjeżdżali do stosu drewna i ładowali go na przyczepkę, a w momencie kiedy pojawiała się nieoczekiwanie np. Straż Leśna, błyskawicznie odwracali proces, niby że właśnie rozładowują przyczepkę jako pracownicy.

Po pewnym czasie ojciec rodziny podupadł na zdrowiu i nie było komu jasno myśleć o prywatyzacji drewna. Synowie jakkolwiek silni i sprawni, nie nadążali za geniuszem ojca i kiedy pojechali do lasu sami, zaraz narobili tam takiej „abrykadabry”, że sprawa się rypła i proces prywatyzacyjny stał się powszechnie znany. A cóż narobili synkowie? Ano pojechali do lasu, sprywatyzowali szereg brzóz w jednym miejscu, przez co powstała sporych rozmiarów polana, której istnienia nie zamaskowało przykrycie licznych pni mchem. Mało tego, wbrew zaleceniom ojca, drewno przywieźli bezpośrednio na podwórko, co było pogwałceniem najświętszych zasad prywatyzacyjnych. Na sprawę sądową synkowie wysłali już ojca, gdyż liczyli na to, że wziąwszy na siebie całą winę, jako osoba dysponująca odpowiednimi dokumentami od lekarza psychiatry, nie zostanie zbyt surowo ukarana, a nawet przewidywali, że sąd uniewinni sprawcę.

Cóż. Sąd był jednak nieubłagany i zapewne wiedział sporo o trwałej, wielofunkcyjnej i zrównoważonej gospodarce leśnej, którą dzika, wioskowa prywatyzacja mogła jedynie zniweczyć. I dowalił dziadkowi taką karę, że już więcej prywatyzacji w jego wykonaniu nie oglądano.

robotnik 2A może to przebierańcy?

 

Kto wygrał debatę?

22 maj

- A według ciebie kto wygrał wczorajszą debatę? – zapytał podstępnie podleśniczy leśniczego Zdzisia.

- Szarik – odparł bez chwili namysłu leśniczy Zdzisio – Cały czas ujadał na telewizor i nic nie dało się usłyszeć!

- Nie mogłeś go odgonić? – zapytał podleśniczy.

Leśniczy podniósł do góry obwiązaną zakrwawioną szmatą dłoń:

- Próbowałem! Mam szczęście, że zdążyłem gardło zasłonić! Szarik się wścieka jak przełączamy na TVN. Po prostu bydlęciu rozum odbiera. Jakby inżyniera nadzoru zobaczył! Widać jaka opcja polityczna karmi go w tym domu!

- Ja wszystko słyszę! – odezwał się zza ściany tubalny głos małżonki leśniczego, rosłej i postawnej Kaszubki – A jak tobie in vitro ważniejsze i związki partnerskie niż prywatyzacja lasów państwowych to twoja sprawa, ale pamiętaj, że ogień piekielny przed tobą!

- Wszystko słyszy a najgorsze, że wszystko pamięta! – powiedział konspiracyjnym szeptem leśniczy – Czasem myślę, że wszystko nagrywa, bo to niemożliwe żeby człowiek zapamiętał to co wczoraj mówił!

debataRzeczowa i spokojna wymiana poglądów nie nadaje się do pokazywania w tv.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii O wszystkim po trochu

 

Czy leśnik musi chodzić na majowe?

21 maj

- Wczoraj po raz kolejny omawiano twoją nieobecność podczas majowego nabożeństwa! – powiedziała małżonka leśniczego Zdzisia, rosła i postawna Kaszubka podczas śniadania – Powiadam ci, że atmosfera pod figurą zrobiła się cokolwiek niezręczna!

- Do tego sprowadza się właśnie majowe na wsi! Do przedyskutowania absencji niektórych członków lokalnej społeczności oraz do omówienia strojów i fryzur tych którzy musieli szybciej pójść do domów! – odparł hardo leśniczy Zdzisio – Ja z kolei powiadam, że już się kotły ze smołą grzeją w piekle na całe wasze kółko różańcowe! Aha! I zapowiedz Wasilukowej, że jak jeszcze raz otworzy gębę w mojej sprawie, to jej mąż będzie jeździł po gałęzie do Mazgaja!

- Chodzi mi o to, że dziś na majowym będzie ksiądz proboszcz i byłoby dobrze, gdybyś pojawił się pod figurą w mundurze wyjściowym, podnosząc rangę spotkania z duszpasterzem naszej parafii.

- Nie mam czasu na pier…- leśniczy urwał w połowie słowa, ponieważ nie do końca był pewien, gdzie w tym momencie znajduje się Szarik, mieszaniec wyżła z chartem afgańskim, który potrafił w takich momentach zdecydowanie opowiedzieć się po stronie małżonki – Nie znam też żadnej pieśni maryjnej, a nie mogę narażać na szwank dobrego imienia Służby Leśnej poruszając ustami podczas nabożeństwa. Zrobiłoby to kiepskie wrażenie na postronnych obserwatorach!

- Ciągle ta trwała, wielofikcyjna i zrównoważona gospodarka leśna! – zawołała gromko małżonka – Mam tego po dziurki w nosie! Czyś ty chociaż raz pomyślał o mojej pozycji społecznej?! Ciągle ten las i las! Więcej cię obchodzi czy inżynier nadzoru węszył w twoim lesie niż to czy twoja małżonka będzie mogła zostać prezesem miejscowego koła róż różańcowych!

- Ile zarabia taki prezes? – zapytał chytrze leśniczy.

- To funkcja honorowa! To zaszczyt i wyróżnienie! – wołała małżonka głosem, który z całą pewnością mógłby giąć pręty zbrojeniowe na budowach – Nic się nie zarabia!

- No właśnie – popił kawę leśniczy – Jak będziesz miała z tego odpowiedni dochód i ubezpieczenie, to ja zacznę chodzić na majowe!

majAch te łąki umajone!

 

Leśnik nie musi być jak Balzac

20 maj

- Pokaż mi swój dziennik stażysty, bo ten dureń inżynier zapowiada się na kontrolę i zamiaruje węszyć w twoich notatkach!- powiedział leśniczy Zdzisio.

- Mam ja go na oku – wytarła nos w dwa palce stażystka, którą od rana męczył kac i katar – Jak mnie jeszcze raz wk…wi, to ja już pogadam z wujem Naczelnikiem.

- Tobie nic nie powie, ale ja będę musiał pisać wyjaśnienia, dlaczego pędy sosen na uprawach w leśnictwie Krużganki rosną wolniej niż w leśnictwie Mazgaje.

- Lej na to leśniczy! – powiedziała  stażystka, którą należy wszakże usprawiedliwić. Biedna nie wytrzeźwiała tak całkiem dokładnie, ponieważ wczoraj piła samogon z innego niż zwykle źródła, co zawsze daje opłakane skutki – Masz czytaj!

Kiedy położyła swój dziennik na biurku, nawet podleśniczy zagwizdał z wrażenia.

- Co to kuźwa jest? – leśniczy Zdzisio pokazał palcem na okładkę.

- A to se chcę taki tatuaż zrobić – tłumaczyła stażystka – Nie miałam gdzie narysować.

- A to? – pokazał palcem na kolorową naklejkę sporych rozmiarów.

- Mam słabość do kucyków – splunęła stażystka fusami – Uwielbiam „maj litel pony”!

Kiedy leśniczy Zdzisio zagłębił się w lekturę dziennika, zaczął żałować że w ogóle poprosił stażystkę o jego pokazanie.

- Ja jestem słaby z ortografii, ale „chigiena” to wiem, że się pisze przez samo „h”!

- Mam dysleksję, dysortografię i dyskalkulię – powiedziała szybko stażystka – Mam na wszystko papiery zatwierdzone przez kuratorium oświaty, studia zakończyłam z wynikiem bardzo dobrym i proszę się mnie tu nie czepiać. Znalazł się Bralczyk kuźwa jego mać! Proszę o merytoryczną i konstruktywną krytykę, a nie czepianie się szczegółów!

Leśniczy czytał:

„… 15.05. 2015. W dniu dzisiejszym było bardzo ciepło, a nawet gorąco. Rano siedzieliśmy w altanie prowadząc prace kancelaryjne, które zakończyły się nagłym wyjazdem do lasu, ponieważ otrzymaliśmy informacje, że w okolicy kręci się inż. nadzoru. Potem przyjechało auto po drewna, podleśniczy tak go prowadził, że resztę dnia spędziliśmy na obserwowaniu jak kierowca wykopuje się z dziury. Kierowca był taki wściekły, że pojechał na pusto do domu. Potem leśniczy stwierdził, że w piątek po dwunastej pracują tylko zboczeńcy, na czym ciężki dzień pracy zakończono…”

- I co? – zapytała chytrze stażystka.

- Nie podobają mi się rysunki na marginesach – wymamrotał leśniczy, który odczuwał wybuchy ciepła gdzieś w okolicy serca – Nie można rysować diabłów w dzienniku stażu. To nie ma żadnego związku z przebiegiem praktyki zawodowej!

- To nie diabły. Mówiłam, że mam słabość do kucyków.

- Ten dziennik jest niebywale ekstrawagancki – sapnął leśniczy Zdzisio – Beknę za niego jak dwa razy dwa w pacierzu!

- Leśniczy mnie teraz nie obraża?- zapytała podejrzliwie stażystka.

balzakTen to by prowadził dziennik stażysty! Mógłby być pierwszym pracownikiem Lasów Państwowych z nagrodą Nobla z literatury!