RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2015

Sporty ekstremalne? Po co?! Weź żonę z Kaszub!

30 cze

haftMałżonka leśniczego Zdzisia, rosła i postawna Kaszubka, jak zwykle pomstowała na podwórku. Tym razem poszło o doniczki, których leśniczy z podleśniczym i stażystką Marysią użyli, zamiast butelek i puszek, jako celu podczas strzelania z kbks-u za garażem.

- Skąd miałem wiedzieć, że potrzebne?!-  zdołał zawołać leśniczy Zdzisio, zanim z całą resztą schronił się w kancelarii, gdyż jak było do przewidzenia, leśniczyna poszczuła ich Szarikiem, groźnym mieszańcem charta afgańskiego z wyżłem, któremu można było zarzucić wiele, a zwłaszcza nienawiść do rodzaju ludzkiego.

- Skądżeś ją wytrzasnął?- ciężko oddychał podleśniczy – Na cholerę ci potrzebna była Kaszubka? Jesteś z Podlasia, powinieneś mieć babę z Podlasia!

- Błędy młodości!- machnął ręką leśniczy Zdzisio – Gdybym wiedział co mnie w życiu czeka, nigdy bym nie poszedł na tamtą przepustkę! Człowiek w wojsku zawsze bywa odważniejszy niż mądrzejszy. Zresztą! Byłem pod tak silnym wpływem alkoholu, że rankiem pomyślałem, żem się obudził z chłopem w łóżku! Ten jej wąsik mnie tak zmylił! Przynajmniej drewno lubi rąbać. A dawniej jak tak do sanepidu nie kablowali, sama świniobicie urządzała! Sprytne ludzie te Kaszuby!

- Drzwi dobrze mamy zastawione?- nerwowo zapytała stażystka.

- Dębowej szafy nie ruszy – orzekł leśniczy Zdzisio.

- Żeby tylko oknem wleźć nie chciała! – zawołał podleśniczy – Toż ona by nam łby jak kurzęciu pourywała! Wszystkie te Kaszubki takie jak twoja małżonka?

- Niektóre jeszcze bardziej rosłe i postawne!- opowiadał leśniczy Zdzisio- A najgorsze ponoć te spod Swornychgaci!

- Spod czego?- stażystka Marysia zamrugała oczami.

- Swornegacie to stolica Kaszub – wytłumaczył podleśniczy.

- Myślałam, że Kartuzy – podrapała się w głowę stażystka.

- Nieprawda, stolicą Kaszub jest Kościerzyna – autorytarnie orzekł leśniczy – W końcu to ja mam kaszubską żonę, to najlepiej wiem!

- To już prędzej Wejherowo niż Kościerzyna! – zaoponował podleśniczy.

- A ty skąd wiesz?!- rozzłościł się leśniczy – Znalazł się znawca Kaszub! Byłeś tam kiedy?!

- Mam żonę z Załuk! – zawołał podleśniczy- A to gorzej niż cały kaszubski harem!

Pogodził ich piekielny łomot do drzwi.

- Dzidek! – usłyszeli wrzask małżonki – Ja ci łeb urwę za te doniczki!

- Ja nie chcę umierać tak młodo – wystraszyła się stażystka – Ile jeszcze imprez przede mną!

- Jak tu wlezie – powiedział poważnie leśniczy – To niezbyt wiele i raczej będzie to stypa.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii O wszystkim po trochu

 

Własnie tak się handluje drewnem w okolicach lipca!

29 cze

Inwentaryzacja produktów drzewnych w tym roku zapowiadała się tradycyjnie hucznie. Leśniczy Zdzisio zakupił nawet fajerwerki i chińskie lampiony, gdyż jak się spodziewał, cała impreza przeciągnie się do późnych godzin nocnych. Małżonka leśniczego, rosła i postawna Kaszubka, ustaliła wymyślne menu, którego nie powstydziłaby się nawet Magdalena Gessler. Wódka, w imponującej ilości dziesięciu litrów, mroziła się w ogromnej zamrażarce.

Jednym słowem, leśnictwo Krużganki było do inwentaryzacji przygotowane znakomicie, wręcz wzorowo.

Wszystkie jednak plany wzięły w łeb po telefonie z nadleśnictwa. Okazało się, że zastępca nadleśniczego, człowiek małoduszny i targany odwieczną zazdrością o to, że inni dobrze się bawią, zmienił w ostatniej chwili skład komisji inwentaryzacyjnej.

Zamiast starego druha leśniczego, wypróbowanego podczas niejednej inwentaryzacji, do leśnictwa Krużganki miał przyjechać leśniczy leśnictwa Mazgaje, czyli Mazgaj Czwarty.

Początkowo w leśnictwie wybuchła panika.

- Gdzie my mamy drewno?! – wołał zaraz po telefonie z nadleśnictwa leśniczy Zdzisio – Ten dureń ponoć mierzy stosy!

- W zeszłym roku pomierzył u Heńka i ten musiał pisać wielostronicowe wyjaśnienie! Że nie wspomnę o pieniądzach jakie musiał zwrócić do kasy nadleśnictwa, łatki kombinatora jaka do niego przylgnęła i stanie przedzawałowym! – łapał się za głowę podleśniczy.

- Tyle wódki na marne! – łapała się za głowę stażystka Marysia.

- Ch…j! – wrzasnął leśniczy Zdzisio niezbyt kulturalnie – Nie damy się k…wa! Dzwonimy po wszystkich!

W ciągu godziny leśniczy wykonał dziesiątki telefonów do odbiorców drewna, przewoźników i bab z marketingu nadleśnictwa, podczas których obiecywał, prosił, groził i przypominał dawne przysługi. Jeszcze tego samego dnia rozpoczęła się zakrojona na szeroką skalę akcja wywozowa. Na drugi dzień całe drewno ze stanu leśnictwa Krużganki zmieniło właściciela. Mało tego! Omyłkowo zabrano dwa stosy z leśnictwa Mazgaje, które leżały przy drodze granicznej. To najbardziej ucieszyło leśniczego Zdzisia i z tej radości ofiarował przewoźnikowi butelkę zamrożonej wódki. Wdzięczny przewoźnik ofiarował się, że poprzekłada plastikowe numerki na dłużycach Mazgaja, ale leśniczy Zdzisio stwierdził, że już przez te dwa stosy będzie miał Mazgaj wystarczająco niezłą sraczkę.

Stażystka Marysia nie mogła się nadziwić logistycznemu cudowi:

- Dlaczego nigdy nie udaje się wywieźć całego drewna, a teraz udało?

- Bo nigdy nie było takiej potrzeby żeby wywozić wszystko – odparł leśniczy – Należy pielęgnować zapas. Ten na pniu i ten z pnia. Mądry leśniczy zawsze ma jakieś drewno na stanie, na wypadek niespodziewanego odbiorcy! Tylko dureń ma zawsze stany zerowe albo bliskie zera!

Małżonka leśniczego, rosła i postawna Kaszubka, dowiedziawszy się o składzie komisji inwentaryzacyjnej, stwierdziła że wyszedł jej właśnie arszenik i strychnina, a w sklepie nie prowadzą cykuty, toteż menu zostanie zawężone do kawy i kruchych ciasteczek. Jeśli chodzi o fajerwerki, wódkę i lampiony, leśniczy umówił się z całą obsadą leśnictwa Krużganki na najbliższy łikęd, aby je wszystkie dzielnie wykorzystać.

IMG_4872Właśnie tak wyglądały liczne auta, opuszczające leśnictwo Krużganki przed inwentaryzacją! I wszystkie miały kwity wywozowe!

 

Czego nie wypada jadać Polakowi (i patriocie)

28 cze

Wśród wszelkich nacji wielkiego świata, prawie każda pożera taki gatunek zwierzęcia, jaki Polakowi z rozmaitych względów (nawet epidemiologiczno-sanitarnych), stanąłby w gardle.

Francuz pożera żaby i ślimaki. Powinno ich to wyeliminować z grona społeczeństw cywilizowanych, ale przecież Włoch nie wzdraga się przed koniną, a chyba stokroć gorzej świadczy o człowieku, że pożera zwierzę, któremu tyle zawdzięcza! Czy poradziłby sobie dumny Rzymianin, protoplasta wszelkiego Włocha, chociażby z Hannibalem, bez konnicy? Mało tego! To Włosi właśnie wymyślili salami, kiełbasę z osła! Czy zapomniał ów naród, jakie zwierzątko zapewniło bezpieczny transport Świętej Rodzinie podczas ucieczki przed Herodem!? I na czyim grzbiecie wjechał Jezus do Jerozolimy?! Zapomniało niewdzięczne włoskie plemię!

Oczywiście na głowę wszystkich biją Chińczycy. Ci pożrą każde zwierzę, które tylko da się pokroić, ugotować, upiec, usmażyć. Aż dziwne, że kanibalizm wymyślono na Karaibach, a nie w prowincji Syczuan.

Dlatego przeżyłem ostatnio wstrząs. Wstrząs jaki może przeżyć jedynie Polak, który nagle dowiaduje się, że zjadł zwierzę istotne dla kultury narodowej.

Pozornie wyglądało to na kulturalnie podrobione salami, gdzie zamiast oślego mięsa, kulturalny mistrz masarski użył świniny, wymion, skór wieprzowych i jakiś tam wymyślnych podrobów, ale mogłem pomyśleć, że produkt nabyty poza granicami naszej dumnej Ojczyzny, może zawierać jakieś pułapki.

Przeczytałem skład.

Jakże gorzko pożałowałem znajomości niektórych słów, w obcym języku norweskim, gdzie pośród wszelkiej menażerii jaka została użyta do produkcji „salami” (wołowina, cielęcina, wieprzowina), widniało słowo, które sprawiło, że poczułem się tak jak musiał poczuć się Kain po załatwieniu na amen swego rodzonego brata Abla.

„Geit”. Znaczy się „koza”.

Polak nie jada kóz. Pija kozie mleko, lubi kozie sery, ale mięsa koziego Polak nie tknie, bo koza tyle znaczy w tradycji naszego narodu!

Czułem się, jakbym to sam, własnoręcznie zamordował Koziołka Matołka, a potem wykonał z niego kiełbasę! Posłyszałem jakby jego beczenie, jak wyrzut sumienia! Kornel Makuszyński zapewne obracał się w grobie z prędkością tokarki rewolwerowej!

Owszem! Jadają w odległej Kenii Masajowie kozinę, ale jest to naród po prawdzie bardzo ciemny na obliczach.

IMG_9645 I jak można to zjeść?!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii O wszystkim po trochu

 

Cuda, wianki i certyfikat

26 cze

- Panie leśniczy! Podleśniczy! Chodźta!- wrzeszczał pan Józek jak opętany, machając jednocześnie rękami. Stał koło Ursusa C330 do którego była przyczepiona kibitka pełna brzozowych wałków.

Cała, doborowa zresztą obsada leśnictwa Krużganki pobiegła w tamtą stronę (prawdę powiedziawszy leśniczy Zdzisio jedynie truchtał, okropnie dysząc, zaś podleśniczy ze stażystką celowo biegli nieco wolniej, aby nie dać mu do zrozumienia, że jest stary i zniedołężniały).

- Co się stało?- wydyszał leśniczy dotarłszy na miejsce.

- Matka Boska się ukazała! – krzyczał pan Józek, łapiąc się za głowę, kucając, wstając i robiąc zresztą masę innych rzeczy, przez które można by posądzić go o utratę rozumu.

- Gdzie? – rzeczowo zapytał podleśniczy.

- Ze traktora zaczął cieknąć olej – tłumaczył pan Józek – To żem zgodnie z zaleceniem certentyfikatu podłożył matę pochłaniającą i patrzcie co się stało! Matka Boska się objawiła! Nagrodziła za przestrzeganie procedur!

Tu pokazał palcem pod traktor, gdzie istotnie leżała mata, na którą kapał cierpliwą strużką olej silnikowy.

Wszyscy wpatrywali się uparcie w plamę.

- Co to za olej?- surowo zapytał leśniczy.

- Olej zwykły – odparł pan Józek i dodał – Zdaje się, że nam na kolana wypada przed Majestatem!

- Na razie nie wiemy czy mamy do czynienia z cudem, czy ze zwykłą awarią starego traktora- wycedził leśniczy – Jak dla mnie, to ta plama nie wygląda jak Matka Boska.

- Ani dla mnie – potwierdził podleśniczy.

- A dla mnie to Matka Boska i tyle! – upierał się pan Józek- Wypisz, wymaluj jak Matka Boska z Nymburka, której święty obrazek wisiał u mojej babki nieboszczki!

- Gdzie Dzieciątko Jezus? – zapytała stażystka. To pytanie było gwoździem do trumny wizji pana Józka, który zaczął się przyglądać plamie uważniej i spokojniej.

- No faktycznie – podrapał się po głowie pan Józek – Nie ma.

- Nasza certyfikowana gospodarka leśna, opiera się na nauce i konkretach, nie wolno nam mieszać spraw światopoglądowych z trwałą, wielofunkcyjną i tam tego bum ta ra ra, gospodarką leśną – powiedział surowo leśniczy – Przynajmniej do jesieni, kiedy to nowa władza chętnie przyklaśnie takim właśnie cudom, jak wizja pana Józka.

- Przecież nie będę tu stał do jesieni, kuźwa! – wystękał pan Józek – Na chleb nie zarobię!

- A tak na marginesie ile wypiłeś panie Józek? – zapytała chytrze stażystka.

- Jedno piwo – odparł pan Józek i zrobił się bardzo czerwony.

obrazWłaśnie niektórych elementów widocznych na obrazie Matki Boskiej Hodyszewskiej zabrakło w wizji pana Józka.

 

Pan Derektor jest naszym pasterzem

25 cze

Czego by nie powiedzieć o Królestwie Norwegii (przypomnijmy też, że wśród obcokrajowców po tutejszych więzieniach Polacy stanowią najliczniejszą grupę osadzonych), to oprócz wysokich mandatów za przekraczanie prędkości, kobiety premiera Erny Solberg, która jak coś powie to już powie, oraz rosomaków w lesie, mają ciekawy wynalazek dotyczący jawności zarobków.

O ludzie! Tak się właśnie kończy rozdział Kościoła od państwa i laicyzacja społeczeństw! Każdy może każdego sprawdzić. Wejdzie sobie na odpowiednią stronę internetową i tam może zajrzeć ile zarabia sąsiad. Oczywiście, żeby było sprawiedliwie, takie sprawdzanie nie jest anonimowe i taki Hakon czy Harald zaraz się dowie, kto go tam sprawdzał, ale wynalazek i tak pomysłowy.

Byłby to prawdziwy bat, bicz boży na łapówkarzy i nieuczciwych urzędników w naszym pięknym kraju, gdzie dzięki Bogu, tak głupi pomysł nigdy nie zostanie wprowadzony. Zwłaszcza, że więzienia i tak są przepełnione tymi od marychujany czy jak ją tam zwał.

Inna sprawa, że ciekawie byłoby wiedzieć ile zarabiają tak właściwie Derektory. I nie dlatego żeby porywać im dzieci dla okupu, dowiedziawszy się ile im tam na konto przyszło.

Chciałoby się wiedzieć po prostu czy te wszystkie gadania o niemoralnie wysokich premiach dla nadleśniczych, derektorów, naczelników to prawda. Inaczej by to wyglądało gdyby wylazł na mównicę derektor i gadałby o konieczności oszczędzania za wszelką cenę, bo państwo zażądało haraczu, a tymczasem bardzo grube tysiączki na konto derektorskie poszły w ramach uznaniowej premii za to, że derektor jest derektorem. Skoro mówimy o trwałej, wielofunkcyjnej i zrównoważonej gospodarce leśnej, to mówmy też o transparentności, mówmy o przejrzystości i grze fair.

Inaczej cała ta derektorska gadanina traci wiarygodność (jeśli ją kiedykolwiek miała).

Nie tak dawno, kilka lat temu, aby uzmysłowić leśniczym jak jest ciężko w Lasach Państwowych (trwał jakiś chwilowy zastój na rynku drzewnym), w naszym pięknym nadleśnictwie nie podano ciasteczek na naradę, choć zawsze były. Były to zwykłe ciasteczka, nie jakieś tam wymyślne pączki od Bliklego, czyli kosztowały marne grosze, ale prowadzący naradę zastępca, grobowym głosem uzmysłowił, jak dramatyczna jest sytuacja, skoro nadleśnictwa na nie nie stać. Oczywisty na tak prymitywny populizm zareagowaliśmy po swojemu i na następną przynieśliśmy swoje, bośmy wiedzieli, że lekką rączką puszcza się jednocześnie pieniążki nadleśnictwa na inne, mniej lub bardziej spektakularne cele.

Ciężko jest chyba leśnym decydentom zrozumieć, że tu nie chodzi tylko o pieniądze, ale przede wszystkim o zasady.

IMG_9600A Służba Leśna właśnie jako te jagniątka norweskie, pośród pięknych okoliczności przyrody, dające się wodzić po manowcach, przez doświadczoną życiem owcę.

 

 

Z kim zaciążyła Marit Bjørgen?

24 cze

Cały poranek leśniczy Zdzisio z resztą załogi leśnictwa Krużganki, zażarcie dyskutowali na temat ciąży Marit Bjørgen. Leśniczy przez to wszystko zapomniał nawet przejrzeć nekrologi jakie wysyłała Derekcja Generalne pocztą mailową, choć starał się przeglądać je codziennie, na wypadek gdyby umarł któryś z jego kolegów, gdyż jak twierdził – „Niebiosa biorą już z mojej półki”.

- Najciekawsze jest to z kim ona jest w tej ciąży!- zawołał leśniczy.

- U tych celebrytów to jedna chwała z kim – stwierdził podleśniczy – Ale w tym wypadku musiał być to śmiały i odważny człowiek! Podobno ona jednym uderzeniem pięści wołu powalała!

- I szybki!- dodał leśniczy – Toż ona jak ruska torpeda zasuwa! No i wyobraź obudzić się obok takiej baby! Gdyby ją wieczorem wnerwić, zadusiłaby przez sen jak kurczaka!

(Tu gwoli ścisłości należy wspomnieć, że optyka jaką posługiwał się leśniczy, była zupełnie subiektywna, albowiem małżonka leśniczego, rosła i postawna Kaszubka sprałaby na kwaśne jabłko nie jedną Marit Bjørgen, a ze cztery)

Stażystka Marysia, która do tej pory bezmyślnie łuskała pestki słonecznika, spluwając naokoło łupinami, chrząknęła znacząco.

- Słyszałam, że ona z Pudzianem zaciążyła.

Leśniczy Zdzisio z podleśniczym zastygli z wrażenia.

- Pudzian nie bał się jej – kontynuowała stażystka – Bo on przyzwyczajony, że go w rozmaitych klatkach z niebezpiecznymi ludźmi zamykają!

- Bój się Boga dziewczyno! – zawołał leśniczy – Przecież dzieli ich bariera językowa! Przecież ona to najczystsza Norweżka!

Stażystka splunęła lekceważąco:

- Tam gdzie główną rolę grają wyłącznie hormony i siła fizyczna nie ma żadnych barier. Ani językowych, ani moralnych!

- Jezu słodki! Jak te dzieci będą wyglądały!? – przeraził się leśniczy.

- Jak Terminator na nartach – zawyrokowała stażystka.

marit Przydałaby się taka w trwałej, wielofunkcyjnej i bla bla bla gospodarce leśnej!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii O wszystkim po trochu

 

Słowo na Niedzielę (czyli trampki na drzewie).

21 cze

Cóż by znaczyła trwała, wielofunkcyjna i zrównoważona gospodarka leśna bez pielgrzymek, kapelanów i przymusowego uczestnictwa delegacji leśników w rozmaitych nabożeństwach?

Otóż to mili czytelnicy, trafiacie w sedno. Nic.

Nie przedstawiałaby żadnej wartości.

Rosłyby te drzewka, rosły, ale rosłyby świecko, bezbożnie. Drzewko, które rośnie bez błogosławieństwa odpowiednich organów, rośnie wbrew porządkowi boskiemu. Może i ma jakiś tam przyrost, ale nic on nie jest warty, bo laicki. Zsekularyzowany.

Pożary zupełnie strawiłyby polskie lasy, mniszka i to brudnica zeżarłaby co tylko by się dało zjeść, nie wspominając o wysłanniku piekieł – szeliniaku, który pożarłby każdą uprawę, teraz chronioną dzięki wstawiennictwu określonych sił. Dzięki modłom, dzięki święconej wodzie nie pożera wszelaka kuzaka leśnych upraw! Powie niedowiarek – to dzięki opryskom! To dzięki chemii! Nieprawda! Nawet najlepsza chemia nie zadziała gdy nie wspiera jej gorąca modlitwa kapelanów środowisk leśnych.

Oby nigdy leśnym decydentom nie przyszło do głowy, w ramach eksperymentu, zrezygnować z takiej pomocy!

Pójdźmy też dalej!

Jak bardzo moglibyśmy zwiększyć przyrost miąższości polskich drzewostanów, gdyby Derektor odważył się wydać ukaz, że pod rygorem nagany, każdy leśnik w Polsce ma korzystać z kościoła w każdy pierwszy piątek miesiąca!

Zwolnijmy też wszelkich rozwodników, przedstawicieli mniejszości i zwolenników dżęder, którzy obrażają swoją obecnością w strukturach Lasów wiadome wartości! To przez nich las rośnie wolno, a płonie szybko!

IMG_8674

 

Derekcjo! Po co tobie ludzie w terenie? Kup lepsze komputery!

21 cze

Najbardziej lubiłem telefony typu „sraczka” z nadleśnictwa. Telefon typu „sraczka” następował najczęściej po jakichś wichurach, huraganach czy orkanach, kiedy to derekcja oczekiwała błyskawicznego podania rozmaitych informacjach o szkodach w lesie.

Derekcja wprzódy gwałciła o te informacje dział ochrony lasu, a dział ochrony lasu, wykonywał szereg telefonów do leśniczych, w których nierzadko pobrzmiewały wiadome pogróżki. Potem się schytrzyli i przysyłali sms typu „sraczka”.

Wiało na przykład całą noc. Huragan „Basia” szalał się i srożył, a już o godzinie dziewiątej rano (wiatr często nawet nie ustał), derekcja żądała aby podać jej straty jakie wiatr wyrządził w drzewostanach. Jakie gatunki, jakie sortymenty i jaka ilość w tych kategoriach. Do trzynastej. Od dziewiątej do trzynastej godzin niewiele. Jeśli jesteś bohaterskim leśniczym, pilnującym lasu o powierzchni 1500 hektarów, to zaprawdę trzeba by mieć kilkunastu ludzi do pomocy, aby zrobić dokładnie taką inwentaryzację. Najczęściej jest was dwóch i wówczas zamiast armii ludzi, musisz zaprząc do roboty wyobraźnię przestrzenną, nieco „sufit” i na podstawie pospiesznego przejazdu drogami leśnymi, podać meldunek do nadleśnictwa. A niech mają. Niech się SILP cieszy. Oczywiście nie można za dużo podać, bo zaraz przyjedzie jakaś kontrola i sprawa się rypnie!

Czy w derekcji pracują bałwany, które nie wiedzą, że niepodobna zlustrować powierzchni leśnej w tak krótkim czasie? Ależ skąd. Dobrze o tym wiedzą. Problem jest inny. Oni mają gdzieś rzetelność tych danych, ponieważ ważniejszy jest czas. Przecież już tam żarłoczne media czekają na niusa z lasu! Ile drzew wywaliło?! Ile w tym sosen?! A ile z nich to deski, a ile zwykły opał?! Bez tych informacji zebranych w szaleńczym tempie, zawali się cała trwała, wielofunkcyjna i zakompleksiona gospodarka leśna!

Bardziej doświadczeni leśnicy już potrafią lepiej radzić sobie z tą nachalną popędliwością derekcyjną. Kiedy zaczyna mocno wiać, siadają przy biurku w kancelarii i wodząc oczami po mapie, ustalają gdzie i co wywaliło. W ten sprytny sposób, meldunek gotowy jest na rano.

DSC_0132Jaki to rodzaj szkody?

 

Kto jest najważniejszy w Lasach?

20 cze

Stażystka Marysia zawzięcie dyskutowała z podleśniczym, kto tak de facto jest ważniejszy: naczelnik z derekcji czy nadleśniczy.

- Nadleśniczym może zostać każdy!- wydymała pogardliwie usta stażystka- Tak naprawdę byle kto. Aby tylko umiał podpisywać się pod pismami sporządzonymi przez swoich pracowników. Natomiast jak pokazuje przykład mojego Wuja Naczelnika, taka osoba musi być po prostu wyjątkowa. Naczelnik czasem jest ważniejszy niż sam Derektor! Kiedy przyjeżdża do nadleśnictwa, wszyscy mu się kłaniają, częstują najwyższej jakości kawą i pączkami! A trzeba było widzieć, jak mój Wuj Naczelnik się rozgniewa na któregoś ze swoich niezbyt rozgarniętych podwładnych! To dopiero widok! Taki majestat bije z twarzy, jakby jakiś król czy nawet cesarz się za przeproszeniem wk…wił!

- Ale ty głupia jesteś!- żachnął się podleśniczy- Taki naczelnik w porównaniu z nadleśniczym nic nie znaczy! Siedzi za biurkiem i tylko drży żeby go derektor na dywanik nie wezwał. Tymczasem nadleśniczy w terenie brata się z rozmaitymi wójtami, burmistrzami, komendantami policji, strażakami – słowem ze wszystkimi, z którymi opłaca się bratać. Jeszcześ nie widziała naszego nadleśnego jak się wk…wi! Coś podobnego mogli zobaczyć jedynie poddani Czyngis-Chana! Na jedno skinienie nadleśnego, całe wsie stoją na baczność!

- Henio Małanka nie – wtrącił leśniczy Zdzisio z uwagą przysłuchujący się dyskusji.

- Kto to jest Henio Małanka? – zapytała stażystka.

- Jest to wioskowy głupek, który kompletnie nie zna się na hierarchii stanowiskowej w Lasach, nie rozróżnia leśniczego od stażysty, a adiunkta II stopnia od adiunkta III. Raz będąc raz w nadleśnictwie, celem wykupu asygnaty, naurągał brzydko nadleśniczemu, obrażając wszystkie panie w rodzinie do trzech pokoleń wstecz!- odpowiedział leśniczy Zdzisio- A w ogóle wasza dyskusja jest głupia i pokazuje, jak niski stan świadomości leśnej macie w głowach. Tyle w lesie znaczysz ile twój promotor. Kiedyś był u nas leśniczy, który po swojemu interpretował wszelkie leśne pisma i zarządzenia, robił co chciał i jak chciał, a nadleśny i tak wiedział, gdzie go może pocałować, ponieważ leśniczy miał brata w ministerstwie.

- A z tobą to co? – zwrócił się do stażystki- Myślisz, że ktoś by się certolił? Masz wuja naczelnika, więc nawet ci kawę robią w nadleśnictwie, a jakbyś była zwykła dziewucha, to kto wie czy byś gumofilce chociaż dostała! Albo leśniczy Mazgaj! Jakby mu wuj biskup pożyczył pierścień, to byś widziała jakie kolejki by się ustawiały do całowania! A ty!- tu zwrócił się do podleśniczego- Nawet przy twoim zamiłowaniu do bimbru i niekonwencjonalnych zachowań podczas uroczystości religijnych, byłbyś przez tyle lat zwykłym podleśniczym, mając chociażby malutkie „plecy’? Śmiem wątpić. Zapamiętajcie: tyle w lesie znaczymy, co nasze koneksje i układy!

batoryTu nie ma wątpliwości kto był najważniejszy. Wprawdzie Batory wygląda najbardziej władczo i ma najlepsze ubranie, ale to Antonio Possevino (ten nicpoń w czarnym, notabene zakonnik), miał najlepsze plecy, bo aż w samym Watykanie. Nadmieńmy, że obaj nie żyją.

 

Jak rozmawiać z Audytorem?

15 cze

Co do Jaśnie Nam Oświeconych Certyfikatów, to przypomina mi się jedna historia, jaką opowiedział mi podlaski tartacznik, który sam jednocześnie woził drewno (częściowo dla rozrywki, ponieważ nudno mu było cały dzień na zakładzie).

Zakład miał nowoczesny i prężny. Posiadał najnowsze maszyny i obrabiarki do drewna, bo to człowiek niewczorajszy ani tam żaden w niedzielę urodzony tłumok.

Ze względu na swoją obrotność, udało mu się otrzymać jakieś duże zamówienie i to z samiutkiej Anglii, więc radość była wielka, choć z jednym, maleńkim „ale”.

Podstępni Synowie Albionu, potomkowie nie mniej podstępnego Szekspira i Kromłela (niech im ziemia lekką będzie), zażyczyli sobie, aby zakład pana Janka (imię zmienione), posiadał certyfikat.

Cóż było robić – chcesz drewno sprzedawać po tamtej stronie Kanału Angielskiego? Szoruj po certyfikat!

Zakład wypucowano. Wdrożono procedury. Wszystko ładnie i pięknie, pracownicy zostali przeszkoleni i wyedukowani. Potrafili milczeć jak zaklęci, byle tylko nie skompromitować jakąkolwiek głupią wypowiedzią pryncypała i zakładu.

Przyjechał audyt.

Oczywiście bez tej całej pompy jaka towarzyszy przyjazdowi takiego audytu do pierwszej, lepszej Derekcji Lasów. Pan Janek w przeciwieństwie do pracowników Derekcji, nadleśnictw czy leśnictw nie dostał sraczki i nawet w dniu audytu nie załatwił sobie zwolnienia lekarskiego, a miał takie możliwości. Podszedł do tego profesjonalnie.

Pani, która była Audytorem, łaziła po zakładzie kręcąc nosem na wszystko. To się jej nie podobało, tam coś spartolono, tu ktoś dał ciała. Nie były to jednak takie niedociągnięcia za które można nie dać certyfikatu. Jak powiadał jednak nieboszczyk Czechow – babskie oko chytre i dojrzała na sam koniec, że się mieszają trociny z drewna certyfikowanego z tym zakupionym prywatnie, poza Lasami, u rolników, którym opowiadać o certyfikacie, to tak jak Eskimosowi o kwotach mlecznych.

Larum! Nie będzie certyfikatu! Oznajmiła władczo pani.

Pan Janek, który cały czas cierpliwie łaził za nią po zakładzie i słuchał wszystkich mniej lub bardziej głupich uwag, zrobił coś, czego nigdy nie zrobi żaden nadleśniczy, ani nawet Derektor, choćby miał rację stukrotną. Rzekł do pani (przepraszam za wyrażenie, cytuję), zupełnie spokojnie:

- Wypierdalaj.

Pani zbladła. Zaczęła się jąkać i używać frazy: „Ależ panie Janku, ależ panie Janku…”

Pan Janek oznajmił, że płaci za certyfikat niemałe pieniądze, ale nie aż tak wielkie, żeby znosić bałwaństwa i wygłupy z trocinami, toteż zaprasza panią do opuszczenia terenu zakładu, bo aż tak mu na kontrakcie z potomkami admirała Nelsona nie zależy. Nie to nie. Są na świecie inne certyfikaty. Całuj psa w nos panienko!

Pani uznała, że jednak to jej kręcenie nosem było nieco przesadzone i summa summarum zakład pana Janka otrzymał certyfikat.

Kiedyż odważy się nadleśniczy czy jaki Derektor wyprosić z lasu certyfikatora, który odmówił przyznania Derekcji certyfikatu, bo w jednej kancelarii, jednego z mnogich leśnictw, brakowało gaśnicy?

kromTen tu Kromłel wiedział jak rozmawiać z ludźmi! Wprawdzie zbezczeszczono jego zwłoki za takie rozmowy, ale i tak się opłacało, ponieważ w historii zapisał się wybitnie.