RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Rabunkowa gospodarka leśna’

Jak w leśnictwie Krużganki łanie wypędzano

24 lip

Stażysta Romuś wpadł do kancelarii niczym amerykańska matka wszystkich bomb na talibów.

- Grrryuuuch!- zagrzmiał, co miało oznaczać, że w przeklętej przez Zeusa, Allacha i wsiech bogów staroegipskich grodzonej uprawie położonej w wydzieleniu 222b (B jak Belzebub), siedzą ze dwie, a może i trzy łanie, pragnące pożreć wszystkie, pozostałe po pamiętnym ataku łosi, kikuty sosen, świerków, dębów, nie wspominając o biocenotycznym grabie, wsadzanym tam ku chwale TZW gospodarki leśnej.

- Noż ku…rwa ich mać jelenia!- walnął ręką w biurko leśniczy Zdzisio- Dosyć tego! Ukatrupię! Albo one, albo przecież ja na stanowisku leśniczego!

- Może najsamprzód czy jak tam powiadają – pierwej – postaramy się odwiecznym, acz bezsensownym leśnym zwyczajem, przegnać je na cztery świata strony?- zaproponował podleśniczy.

- A czyż mamy wystarczający zapas petard i granatów hukowych?- zapytał leśniczy.

- Mamy aż nadto, bo przecie ja w Sylwestra nawet dwudziestej nie pamiętam, a co dopiero czasu odpalania fajerwerków- powiedział podleśniczy- Przez co liczne przetrwały.

- Zatem idźmy!- rozkazał zdecydowanie leśniczy- Nauczymy je rozumu, przeklęte! Rzecz jasna łanie, a nie fajerwerki!

I poszli, zabrawszy ze sobą małżonkę leśniczego, rosłą i postawną Kaszubkę, która była niezrównana w nagankach, albowiem wypłaszała z lasu wszystko, łącznie z popielicami i skoczogonkami. Zabrali też ze sobą Szarika, bydlę rodem z piekła, przestraszliwego mieszańca wyżła z chartem, który bezustannie toczył pianę z pyska i nienawistnie łypał. Szarika wiedziono na stalowej lince, przewidując, że nie przegryzie jej, zanim nie dotrą na miejsce.

- Plan jest taki – oznajmił leśniczy, po dotarciu na miejscu- Brama jest tu z boku, toteż cała nasza zgraja, rzucając petardy i granaty hukowe pójdzie z północnego krańca ku południowemu. Wystraszone i przerażone okropnym hałasem zwierzęta czmychną w przewidzianym przez nas kierunku i kiedy będą na wysokości bramy, wówczas zza krzaka wyskoczy Romuś, przez co łanie zmienią kierunek ku bramie i opuszczą teren uprawy. Najważniejszy w tym fortelu jest to, żeby Romuś wyskoczył w odpowiednim momencie i nadał swemu pojawieniu właściwy, straszny charakter, co uzmysłowi tym bezmyślnym stworzeniom, całkowity bezsens ich obecności na terenie uprawy 222b leśnictwa Krużganki! Na stanowiska, bladź!

Kanonada jaka rozległa się na uprawie, przypominała pierwsze chwile ataku hitlerowskiego pancernika Szlezwiga Holsztajna na Westerplatte, tyle tam było huku i wrzasku (dla spotęgowania grozy, naganka posługiwała się wyłącznie językiem niemieckim, który jak żaden pasuje do wszelkich eksmisji, świniobić i innych temu podobnych rozrywek).

Łanie ruszyły w przewidzianym kierunku. Naganka wrzasnęła triumfalnie.

Pędzono zwierzynę coraz prędzej i prędzej – koniec końców Szarik, ogarnięty amokiem i żądzą mordu, przegryzł stalową linkę i z okropnym jazgotem, ruszył naprzód!

Kiedy łanie osiągnęły wysokość bramy, leśniczy Zdzisio wrzasnął nieludzkim, przepełnionym gniewem głosem:

- Teraz Romuś!!!

Nawet wściekły Iwan Groźny nie wzbudziłby tyle strachu w bojarach, co nagłe objawienie się łaniom stażysty Romusia. Dla spotęgowania efektu i większego wystraszenia zwierząt nałożył on bowiem czapkę mundurową od munduru terenowego zimowego, co jak wszyscy wiemy nadaje każdemu, nawet inteligentnemu człowiekowi taki wygląd, że klękajcie narody. Poza tym Romuś okazał się goły jak święty turecki. Grzmiał przy tym wszelkimi otwory okropnie i wrzeszczał ku nadciągającym zwierzętom straszliwe obelżywości.

Przez to wszystko jedna łania padła ze strachu na miejscu. Druga, nie wiedząc co czyni, zawróciła i stratowała Szarika, który doszczętnie zgłupiał i oddalił się w kierunku wschodnim. Łania przedarła się przez linie naganki i tyle ją widziano. Trzecia łania jedynie zachowała się według ustalonego przez leśniczego Zdzisia planu.

Nie przeszkodziło jej nawet to, że w całym ferworze zapomniano bramy otworzyć. Łania nie bacząc na druty, słupy i obrażenia, staranowała solidną furtę i z całą pewnością ruszyła ku Białorusi, gdzie może i wolności mniej, ale spokojnie i każdy może znaleźć swe miejsce w jakimś cichym kołchozie.

- Dwa do jednego- powiedział leśniczy stojąc z podleśniczym i Romusiem nad łanim zezwłokiem- A ty Romuś migiem się odziej się, bo oto nadciąga moja małżonka, a jest to niewiasta skromna i pobożna, która nigdy nie widziała gołego stażysty.

- Jak większość małżonek leśniczych- powiedział podleśniczy.

- Powiedzmy- podrapał się w głowę leśniczy.

 

Kanarek Jego Ekscelencji

19 lip

Bywały dni, kiedy Jego Ekscelencja stawał się na tyle rozdrażniony i gniewny, że dni na dworze w Derekcji były wprost nie do zniesienia.

Dostawało się równo i demokratycznie wszelkim naczelnikom, specjalistom, giermkom i wszelkiej innej derekcyjnej menażerii. Aby zaradzić bezustannemu tłuczeniu po łbach, karkach i grzbietach, uradzono zakupić dla Ekscelencji jakieś zwierzę, bo jak wszyscy wiedzą, posiadanie zwierzęcia łagodzi wszelkie obyczaje, nawet te najbardziej grubiańskie i leśne.

Długo zastanawiano się jakie to ma być rodzaj zwierzęcia. Któryś z rozlicznych trubadurów zaproponował papugę, co zaraz wyperswadowano:

- Kiedy papuga wejdzie w komitywę z Jego Wysokością, wnet zacznie nas traktować podobnie jak Ekscelencja, albowiem jest to ptak znany z naśladownictwa! Kiedy durniami i cymbałami nazywa nas Jego Dostojność sprawa jest oczywista i bezdyskusyjna, bycie jednak lżonym przez ptaka, oznaczałoby upadek wszechostateczny!

Koniec końców zakupiono kanarka. W zdobnej w rozliczne symbole i logo leśne, pozłacanej klatce, ptak prezentował się okazale i po pańsku, co zrobiło wielkie wrażenie na Ekscelencji, który podczas uroczystej ceremonii wręczenia ptaka, pozwolił sobie nawet uronić łzę wzruszenia.

Ptak pojechał z Derektorem po pracy do domu.

Jakież było przerażenie całego dworu derekcyjnego, kiedy nazajutrz Ekscelencja wrócił do Derekcji z kanarkiem w pozłacanej klatce.

Okazało się, że małżonka Ekscelencji obawiała się stworzeń ze skrzydłami, uważała je wszystkie za rodzaj nietoperzy ( a te jak wiadomo są wysłannikami Szatana), toteż kiedy ujrzała w progu Derektora z klatką, doszło do awantury, a sądząc po wyglądzie klatki do niewielkich przepychanek. Kanarek zdaje się też nieco oberwał.

Wściekły Ekscelencja wymachiwał klatką i krzyczał od progu:

- Durnie! Bodaj was bito! Też wymyślili! Kanarek! Trzeba od razu było kupić bawołu albo goryla, cymbały betlejemskie!

Dworacy pokryli się po swoich kantorkach i pod biurkami.

- O Najmędrszy!- wołał leżąc w sposób uniżony przed Ekscelencją najstarszy z naczelników- Miał być ów kanarek lekiem na twoje skołatane nerwy, wyczerpane walką o TZW gospodarkę leśną!

- Dobrze już dobrze!- klasnął w ręce Ekscelencja- Muszę jak zwykle naprawić wasze błędy! Kanarek przecie nie jest winny, że muszę pracować z bandą takich durniów!

Wkrótce zarządzeniem Derektora, kanarek otrzymał nową klatkę, posiłki regeneracyjne, własny gabinet, przydział na sorty mundurowe, a nawet ryczałt rozjazdowy. Oficjalnie został zatrudniony na stanowisku Ptaka Reprezentacyjnego Lasów w randze starszego inspektora Służby Leśnej. Kiedy tylko Ekscelencja miał ochotę obcować z ptakiem, uroczysta procesja, złożona z samych znakomitości niosła klatkę do gabinetu Derektora, gdzie dochodziło do wielce pożytecznych rozmów. Głównie urągano tam ekologom i projektowano pisma okólne.

Derektor był tak szczęśliwy, że jeszcze tego samego dnia machnął „Ukaz o ptakach służbowych”, „Szczegółową instrukcję postępowania z Ptakiem Reprezentacyjnym” i „Zasady bezpiecznej koegzystencji z ptakami służbowymi w nadleśnictwach”. Każde nadleśnictwo miało zakupić kanarka, zatrudnić na etacie starszego specjalisty, przy czy Ekscelencja zastrzegł, że prawdziwy kanarek jest tylko jeden.

 

Oddaj feromon draniu!

11 lip

- Kto zajumał feromony!!!- zdenerwował się leśniczy Zdzisio, otwierając kasetkę na pieniądze, w której trzymał środki wabiące kornika drukarza.

- Gdzie ipsodor?!- wydarł się zniecierpliwiony.

Stażysta Romuś, młodzian o posturze wielkoluda, zanurkował pod biurko, wiedząc, że oto karząca ręka sprawiedliwości nadciąga w sposób nieubłagany.

Pod biurkiem usiłował wyjaśnić, za pomocą stęknięć i jęków, że próbował się powstrzymać, że naprawdę nie chciał tego robić, ale nie dał rady oprzeć się przemożnemu pragnieniu.

- Jakiemu znowuż pragnieniu!- darł się leśniczy- Zaraz ten zasrany inżynier będzie liczył feromony w pułapkach i mimo, że jest kwadratowym, a nawet sześciennym idiotą, zorientuje się, żeśmy feromonów nie dowiesili!!! Oddawaj feromony durniu!

Stażysta Romuś, łkając oświadczył chrapliwymi dźwiękami, że prawdopodobnie w poprzednim wcieleniu był kornikiem drukarzem, a może ostrozębnym i zapach feromonu po prostu go upaja i nie mogąc się powstrzymać, inhaluje się nim na okrągło, przez co większość ipsodoru uległa bezpowrotnemu wywąchaniu. Zwłaszcza, że na koniec, pragnąc do cna wykorzystać jego aromat, stażysta żuł zafoliowany kartonik.

- Jesteś ch…j nie stażysta!- zawołał wściekły leśniczy- Żaden jeszcze idiota, a było ich wielu, nie sprowadzał tak rozlicznych klęsk na moją głową i jeszcze nigdy przez żadnego nie musiałem pisać tylu idiotycznych wyjaśnień, przez które wychodzę na imbecyla stokroć gorszego niż ty!

- Mam rozwiązanie- powiedział ugodowym tonem podleśniczy, jedyna ostoja rozsądku w całej kancelarii- Niech Romuś w ramach pokuty polata po sąsiednich leśnictwach i „pożyczy” feromony z ich pułapek.

- To podstawowy brak koleżeńskości i zwykłe leśne awanturnictwo!- wrzeszczał leśniczy- Tylko drań tak robi i skończona swołocz! Zwłaszcza, że naszym najbliższym sąsiadem jest moja eksstażystka Marysia! Tylko Romuś pamiętaj! Nie daj się złapać na tym procederze!

Romuś ucieszony wizją odpokutowania swych przewin, zahuczał radośnie i bez zbędnej zwłoki, która zawsze charakteryzuje ludzi bez kręgosłupa moralnego, ruszył biegiem w knieje, celem zdobycia feromonów.

 
 

Derektorze! Nasłać na nich kozy!

05 lip

- Do mnie łobuzy!- wrzasnął Jego Wysokość Derektor. Tłumek naczelników, zastępców, giermków i innych akolitów rzucił się przed obliczem Ekscelencji.

- Doszły mnie słuchy, że nie wszyscy pracownicy Służby Leśnej pałają do mnie sympatią należną mojemu najwyższemu stanowisku!- zawołał do leżących pokotem podwładnych.

- Skądże znowu!- odpowiedział najodważniejszy z naczelników, nie podnosząc jednakowoż głowy w obawie przed wzrokiem Ekscelencji- W całym kraju znów odbywają się wiece poparcia! I żeby Wasza Dostojność zobaczył te wszystkie transparenty i te cały rozentuzjazmowany tłum!

- Widziałem ten tłum!- Ekscelencja uderzył ręką w blat biurka- To nazywacie entuzjazmem?! Od razu widać, że wszyscy tylko marzą, żeby być na powrót a autokarze i oddawać się wiadomym i wstrętnym zwyczajom autokarowym! Nawet spontanicznego i oddolnego wiecu nie umiecie porządnie zorganizować! Natychmiast przejrzeć zdjęcia z wieców i osoby, które wykazują najmniej entuzjazmu natychmiast usunąć z zajmowanych stanowisk!!! Natychmiast! Czy nie można wcześniej zobaczyć sobie zdjęć z Korei Północnej, żeby zobaczyć jak taka demonstracja i jak radość z posiadania Przywódcy ma wyglądać?! Do stu tysięcy kubików zsiniałej sosny! A z tymi ekologami zrobiono już porządek? Czy odebrano już prawa rodzicielskie matkom które prowadziły dziatwę do lasu?!

- To nie taka łatwa sprawa- odparł najstarszy naczelnik- Nie wystarczy na nich tupnąć i krzyknąć żeby wykonywali nasze polecenia. To bardziej skomplikowane.

- Dlaczego na świętego Eustachego i Wita!- wrzasnął Ekscelencja.

- Nie są oni w Służbie Leśnej i nie zachodzi między nami żadna zależność służbowa, dzięki której możemy pacyfikować wszelkie niedociągnięcia wśród swoich.

 
 

Ucieszna rozmowa w kancelarii leśnictwa Krużganki

17 cze

- Teraz wiem co sprawia, że uprawa w 222b przypomina obraz nędzy i rozpaczy- orzekł leśniczy Zdzisio, siorbiąc głośno Najświętszą Kancelaryjną Kawę, bez której nie może rozpocząć się żaden dzień ciężkiej pracy w Lasach Państwowych.

- Co?- zapytał podleśniczy.

- Wiadomo- wzruszył ramionami leśniczy- Szatan, Belzebub i Lucyfer. Nikt inny za tym nie stoi.

- Sądzisz, że szeliniaki, sarny, jelenie i łosie  zostały do tego namówione przez Księcia Piekieł?- zapytał poważnie podleśniczy,

- To proste jak drut. Jakież może być inne wytłumaczenie?- podniósł do góry palec leśniczy.

- Spróbuj to napisać w wyjaśnieniu- machnął ręką podleśniczy- „…w nawiązaniu do notatki służbowej inżyniera nadzoru w sprawie zgryzionej uprawy w oddziale 222b, wyjaśniam, że jest to sprawa sił nieczystych, a najpewniej samego Szatana, na co Służba Leśna nie ma wpływu, ze względu na braki teologiczne. Zwracam się z prośba o egzorcyzmowanie w/w uprawy. Podpisano leśniczy Zdzisław.”

- Ni kpijcie z Pana Derektora!- zagrzmiała za ścianą małżonka leśniczego, rosła i postawna Kaszubka- Bóg go zesłał! Tylko on jeden może przynieść ratunek udręczonym przez siły nieczyste lasom! Ileż u was zgnilizny moralnej widać po przykładzie waszej zdegenerowanej trójki.

Tu stażysta Romuś zaprotestował za pomocą potępieńczych jęków, które miały uświadomić wszelkiemu słuchaczowi, że on też uważa, że wszystkie procesy naturalne w lesie, zarówno w kraju, jak i za granicą to sprawka Diabła. A Adam Wajrak ma podpisany cyrograf.

- I pamiętajcie jak rzadko zdarza się w dziejach Lasów Państwowych taka komfortowa sytuacja!- zahuczał małżonka- Dzięki której Pan Derektor może wcielać w życie swe mądre i światłe idee! I objaśniać ciemnocie leśnej rządzące lasem prawidła!

- Jaka sytuacja?- zdziwił się leśniczy Zdzisio.

- Że na skutek sytuacji  i powiązań towarzysko- rodzinnych, nawet Minister Ochrony Środowiska, może Pana Derektora w dupę pocałować- huknęła małżonka leśniczego, aż na ziemię spadło godło państwowe, przytwierdzone do ściany, nazbyt lichym gwoździkiem.

 

Opoka i fundament gospodarki leśnej

14 cze

Jego Ekscelencja Derektor wrzasnął zza swego biurka:

- Do mnie durnie!

Przez próg gabinetu przelała się fala naczelników, specjalistów, giermków i zwykłych podnóżków, która uderzona widokiem Najwyższego, legła zielonym pokotem przed jego zasępionym obliczem.

- Jesteśmy o Wielki!- zawołali wezwani, nie ośmielając się podnieść wzroku na Ekscelencję- Rozkazuj bądź wydawaj zarządzenia!

- Mam kilka pytań do was osły, bo jak się mi zdaje, nie rozumiecie podstawowych kwestyj tyczących się naszej wyjątkowej gospodarki leśnej!- zawołał Ekscelencja- Kto mi powie barany liparyjskie, co jest podstawą Trwałej, Zrównoważonej i Wielofunkcyjnej gospodarki leśnej?

- Ustawa o Lasach!- zawołał pośpiesznie jeden z młodszych podnóżków.

- Dureń!- machnął lekceważąco ręką Derektor- Wynoś się stąd!

Podnóżek, o mało nie omdlawszy z konfuzji, wyczołgiwał się z gabinetu rakiem, pośród złośliwego chichotu reszty.

- No gamonie?!- Ekscelencja podniósł głos o ćwierć tonu- Kto wie?

- Zasady Hodowli Lasu?- niepewnie zapytał ktoś z tyłu.

- Precz mi z oczu!- wrzasnął dotknięty do żywego Ekscelencja- Cóż za idiota! Któż go tu zatrudnił?!

- O Najwyższy!- najstarszy z naczelników, wciskał nos w perski dywan- Jest to mój siostrzeniec, który ma jeszcze mleko pod nosem, bo zaledwie dziesięć lat minęło jak ukończył studia…

- Wybaczam!- wyniośle rzekł Ekscelencja- Ale niech nie zbliża się do mnie więcej, albowiem poraża mnie tak bliska obecność ludzi tępych i ograniczonych. Nuże! Czekam odpowiedzi!

Zapadła cisza. Gdyby Ekscelencja miał w swoim gabinecie donicę z chrobotkiem reniferowym, zapewne byłoby słychać jak rośnie.

Leżący zgodnym pokotem podwładni, zachodzili w głowę, która to regulacja prawna, zarządzenie lub inny akt był dla TZW gospodarki leśnej prawdziwym fundamentem.

Ktoś wyszeptał, niestety nazbyt głośno coś o nieszczęsnej Konstytucji, co rozjuszyło Derektora do granic, przez co przez moment przypominał gwałtownego i nieobliczalnego cesarza Karakallę, zaraz po słynnym bratobójstwie. Brakowało mu tylko miecza w ręce i krwi na brodzie.

- Bałwany!- wrzasnął- Czyście bez reszty postradali resztki jasności umysłów?! Nie ma nawet jednego średnio rozgarniętego, który wie co jest opoką naszego działania?! Nic dziwnego, że napotykamy tysięczne trudności, skoro nawet wy, idioci, a zarazem pożałowania godne namiastki prawdziwych współpracowników nie znacie podstaw! Szlag by was wszystkich! Pierwszy lepszy ministrant i wikary jest bardziej kompetentny niż cała wasza zgraja! Byle proboszcz zagoniłby was w kozi róg! Ostatni raz powtarzam, że jedynym filarem gospodarki leśnej jest religia chrześcijańska, a cała reszta wszelkich regulacyj to jedynie nic nie znaczące didaskalia! No chyba, że są to pisma mojego autorstwa, pisane pod natchnieniem wiadomego Ducha! A teraz won mi stąd do diabła!

 

Sprzedaż drewna w leśnictwie Krużganki

07 cze

Pierwszy czwartek miesiąca był według niepisanego zwyczaju leśniczego Zdzisia dniem, kiedy sprzedawał okolicznemu i wiejskiemu społeczeństwu, drewno na opał.

Jak zwykle leśniczy stał na schodkach prowadzących do kancelarii, po prawicy mając podleśniczego, po lewicy stażystę Romusia, a w niedalekim odwodzie małżonkę, rosłą i postawną Kaszubkę, która trzymała na łańcuchu rozwścieczonego do granic Szarika, bestię z piekła rodem, mieszańca charta z wyżłem.

Przed leśniczym stał tłumek mieszkańców wsi, pragnący zakupić drewno do ogrzania swych chałup.

- Zanim rozpoczniemy sprzedaż- zawołał leśniczy- Według rozporządzenia Ekscelencji Derektora, macie mi odpowiedzieć na kilka pytań! Od waszych odpowiedzi zależy czy kupicie drewno czy też nie!

Tłumek zaczął pokasływać nerwowo.

- Po pierwsze!- zagrzmiał leśniczy- Czy popieracie Trwałą, Zrównoważoną i Wielofunkcyjną gospodarkę leśną?

- Popieramy!- zawołał tłumek jednym głosem- Popieramy,  a juści!

- Bez fałszywego entuzjazmu tylko!- pogroził palcem leśniczy- Odpowiadać prosto i zwięźle!

- Czy palilibyście w piecach drewnem pochodzącym z Puszczy Białowieskiej?- zagrzmiał znów leśniczy.

- Palilibym!- ochoczo zawołali wieśniacy.

- Czy jadacie mięso?!

- Jadamy!- wrzasnął tłumek.

- A w piątek?!- zapytał chytrze leśniczy.

Pośród chłopstwa zapanowała konsternacja.

- Zależy…Czasem się jada i w piątek- wymamrotał któryś z okolicznych przedstawicieli ludności wiejskiej.

- No to nie będzie sprzedaży!- zdecydował leśniczy Zdzisio- Tu w rozporządzeniu stoi napisane, że podstawą gospodarki leśnej jest religia chrześcijańska, a według jej prawideł nie można spożywać mięsa w piątek pod grzechem ciężkim. Konsekwencją grzechu ciężkiego dla grzesznika, jest całkowity zakaz kupowania drewna na terenie wszystkich nadleśnictw kraju!

- Poskarżym się w nadleśnictwie!- zahuczało w tłumie.

- Nie radzę!- podniósł palec leśniczy- Za tydzień znowu sprzedaż, a jeśli będziecie rozsądni i dobrze odpowiecie na pytania, kupicie swój upragniony opał. A jak naskarżycie, to muszę wam powiedzieć, że Ekscelencja sporo pytań ułożył i znając waszą grzeszną społeczność, polegniecie na wielu, wielu z nich!

- No chyba, że się jakoś dogadamy- westchnął ktoś w tłumie.

- Z mądrym to całkiem inna rozmowa- powiedział leśniczy Zdzisio, a na jego twarz spłynął uśmiech zadowolenia i satysfakcji.

 

Jak Henio Małanka Puszczę jechał wyzwalać

06 cze

Henio Małanka, w swoim mniemaniu największy ekolog na wschód od Wisły, żegnał się z wszystkimi znajomymi pod zlewnią mleka.

- Oto wyruszam bronić tętna pierwotnej Puszczy!- zaczął swą pożegnalną mowę- Zdaje się, że dotychczasowi jej obrońcy, wszystkie te Pracownie, Green PiS i Wajraki nie dadzą rady zdziczałej, żądnej desek i obrzydliwie nienasyconej korporacyjnej machinie Lasów Państwowych! Jadę zatem ja, przykuwać się do harvesterów, lżyć Służbę Leśną i uciekać przed policją!

Znajomi, wszyscy solidnie zmęczeni po „wczorajszym”, dawali mu błogosławieństwo i życzyli aby rower wytrzymał choćby połowę drogi.

- Mam ja nowy łańcuch!- dumnie prezentował swój dwuślad Małanka- Żeb tylko przejechać przez Michałowo bez jakiej przygody z miejscowymi żulikami i do Bachur następnie bez mordobicia dotrzeć, a potem to już z górki! Jadę walczyć aby cała Puszcza została parkiem narodowym i póki celu nie osiągnę, przysięgam nie wracać! I to wam mówię, że nie spocznę póki nie sczezną Lasy Państwowe, najobrzydliwsza organizacja o charakterze mafijnym, de facto zorganizowana grupa przestępcza, dowodzona przez nienawidzącego przyrody capo di tutti capi! A kiedy już zrobimy całą Puszczę Białowieską parkiem narodowym, przyjdzie czas na naszą, umęczoną bezustannym pozyskaniem Puszczę! Wtedy zrobimy park narodowy u nas!

- Nie myśl sobie durniu, że my ciebie w świat wyprawiamy, żebyś tu potem wracał gangrenę parków narodowych wprowadzać!- zawołano w tłumie żegnających- Za bardzo łakniem opału, desek, jagód, malin, grzybów, kory kruszyny, kwiatów i liści miodownika melisowatego i innych darów leśnych! Jedź do Białowieży, przykuj się do maszyny wielooperacyjnej i siedź tam do usranej śmierci! Nam tu parków nie potrzeba! Nasprowadza nam dureń rozmaitych Bohdanów czy innych tumanów, a potem będziem do Dojlid zasuwali po drewno! Nie ma mowy! Siadaj zatem na rower i poszedł!

Potem doszło do szarpaniny i Zeus jedyny wie, jakby się to wszystko skończyło, gdyby nie matka Henia Małanki, która przybiegła pod zlewnię, zaalarmowana, że jej niewydarzony jedynak zabiera jej własny rower na jakąś podejrzaną eskapadę.

- Oddaj rower draniu!- wrzeszczała matka gnając go przez wioskę do chałupy, przyczyniając się walnie do tego, że Puszcza za tej kadencji nie zostanie uratowana.

 

Durny jak ekolog

21 maj

Romuś przybiegł do kancelarii wzburzony niczym niezbyt świętej pamięci cesarz Kaligula podczas pamiętnego  zamachu, który zakończył jego nikczemny żywot.

Stażysta wydawał z siebie okropne dźwięki, przewracał oczami i rwał włosy z głowy.

- Czego mordę piłujesz idioto?!- zdenerwował się leśniczy Zdzisio, któremu akuratnie hemoroidy doskwierały ponad ludzką miarę- Że też Matka Ziemia nosi na sobie takich imbecyli!!!

- On mówi- spokojnie tłumaczył mowę Romusia podleśniczy- Że nasz wioskowy głupek, a zarazem ekolog, Henio Małanka, znowuż pod zlewnią mleka obraża Zasady Hodowli Lasu i postponuje TZW gospodarkę leśną.

- Ot i kolejny dureń- skwitował to leśniczy ponuro- Jakby mi było mało żony z Kaszub!

- Romuś mówi też, że Małanka rozpowiada po wsi, że byłeś na konferencji u Rydzyka- dodał podleśniczy.

- A to sukinsyn!- wściekł się leśniczy Zdzisio- Wiedziałem, że tylko opinię sobie spierdolę przez tę toruńską awanturę! Dalejże! Idziemy pod zlewnię nauczyć rozumu tego pasożyta!

Romuś przytomnie zauważył, że zasadniczo „pasożyt” jest synonimem słowa „ekolog”.

- Lepszym synonimem jest „menda społeczna”!- denerwował się leśniczy- Albo zwykły… I tu padły takie słowa wulgarne, że gdyby chrześcijaństwo było rzeczywiście podwaliną polskiej gospodarki leśnej, zawaliłaby się ona ze wstydu i rozpaczy nad degeneracją Służby Leśnej.

Pod zlewnią mleka doszło do ostrej wymiany zdań, a w zasadzie do ostrego przemówienia leśniczego Zdzisia, który wytknął Małance powierzchowną wiedzę przyrodniczą, niewiedzę, głupotę, brak zdecydowanej orientacji seksualnej i  najzwyklejsze skretynienie.

- I alimentów sukinsynu nie płacisz!- wrzasnął na koniec leśniczy

- Komuż płacić mam?!- wytrzeszczył oczy ekolog.

- Płacisz czy nie?!- dopytywał się leśniczy.

- No nie płacę żadnych!- denerwował się Małanka.

- Proszę!- zwrócił się do ludności wiejskiej leśniczy- Patrzcie! Po lesie chodzi, kwiatki wącha, mrówki szanuje, dzięcioły hołubi! Służbę leśną krytykuje, a alimentów drań nie płaci! Pan ekolog!

Ludność dowiedziawszy się o takim skandalu, zaczęła spluwać pogardliwie w stronę Małanki. Na nic zdały się jego tłumaczenia, że nie płaci, bo de facto nie ma na kogo płacić.

I tak zdyskredytowawszy całą polską myśl ekologiczną, leśniczy Zdzisio dał hasło do odwrotu. Wówczas Romuś, któremu cała ta intelektualna heca nie przypadła do gustu, postanowił zakończyć sprawę po swojemu i zdzielił Małankę kułakiem w łeb z taką siłą, że ów padł jak rażony gromem w okoliczne błoto, obnażając tym samym miałkość, powierzchowność i słabość nazistowsko-ekologicznej ideologii.

- A wy sukinsyny!- zwrócił się do ludności wiejskiej leśniczy- Jak chcecie kupować na zimę, zamiast drewna węgiel po 650 PLN za tonę, to dalej słuchajcie tego durnia! Smacznego!

 
 

Niecny sabotaż TZW gospodarki leśnej

19 maj

Kiedy leśniczy Zdzisio wraz ze współpracownikami (podleśniczym i stażystą Romusiem), pojawili się na działce, gdzie ZUL Bareja, biedził się nad trzebieżą i to późną, zdziwiła ich uniżoność, zazwyczaj tak hardych i pijanych robotników leśnych.

- Coś najebali- szeptem oznajmił podleśniczy- I to zdrowo, bo nawet wódą mniej śmierdzą niż zazwyczaj.

- Nie ma co tu się w ciuciubabki bawić!- zawołał leśniczy Zdzisio- Coście uczynili w moim lesie należącym de facto do Skarbu Państwa!? Hę?! Gadać łobuzy!

Brygadzista pokornie schylił się ku leśniczemu i nie patrząc mu w oczy odparł:

- Rozchodzi się wielmożny panie o to, że pomimo tego rysuneczku, co tośmy go oglądali przed przystąpieniem do robót leśnych…

- Znaczy się szkicu!- podpowiedział podleśniczy.

-…w rzeczy samej wasza wielmożność, śkicu. Wybacz mnie ciemnemu, wielmożny panie…

- Za dużo tej uniżoności!- wybuchnął leśniczy- Nie dam się na to nabrać! Gadaj zaraz coście odjebali!!!

- Ta roślina chroniona, co tam nie mielim jej rozjechać- powiedział brygadzista- To my ją właśnie rozjechalim. Świeć panie nad jej chlorofilem!- i tu przeżegnał się, co świadczyło, że z gatunku chronionego została zielona miazga.

- Przecież była ogrodzona taśmą dwukrotnie!!!- zawołał leśniczy- Wyznaczyłem strefę wokół w taki sposób, że tylko idiota by tam wjechał!

- Bo my mamy nowego na traktorze- tłumaczył się brygadzista- I on właśnie nie jest specjalnie mądry. I nie lubi poruszać się w lesie utartymi szlakami. Po prostu nie lubi schematów…- plątał się brygadzista.

- Nic mnie to nie obchodzi!- zawołał leśniczy- Na świętego byka z Memfis! Za godzinę wracamy i ma to cholerstwo rosnąć ku chwale Trwałej, Zrównoważonej i Wielofunkcyjnej gospodarki leśnej! Diabli was nadali, sabotażystów! I to w takich czasach, kiedy się różne Wajraki i Małanki po lesie szwendają, niuchając jeno, czy abyśmy właśnie takiego numeru nie wywinęli!