RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Rabunkowa gospodarka leśna’

Wolna sobota w lesie i poza nim

15 maj

Leśniczy Zdzisio stękał i jęczał. Stażysta Romuś z podleśniczym ze współczuciem spoglądali na swego bezpośredniego przełożonego, którego cała postać przypomniała im wszystkich znanych męczenników, a zwłaszcza świętego Andrzeja Boboli, rozerwanego końmi czy świętego Eustachego, upieczonego w spiżowym wołu (wraz z rodziną i żoną).

- Diabli nadali ten Toruń!- zajęczał leśniczy- Więcej ja po żadnych wiejskich konferencjach nie będę włóczył się!

- Tak ciężko było nadążyć za przewodnimi myślami?- zapytał się podleśniczy- Czytalim w internecie! Czy dużo było o judeoekologicznych nazistach i wrażych brygadach zmotoryzowanych drwali?

Leśniczy Zdzisio machnął ręką:

- Diabli tam z tymi mądrościami ministerialnymi czy geniuszem derektorskim. Nachlalim się w autokarze wódki, a że do Torunia droga daleka, wypiliśmy cokolwiek za dużo- czknął leśniczy- Jeszcze mnie trzyma!

Stażysta Romuś zabulgotał i zazgrzytał zębami, pytając w ów chytry sposób, czy leśniczy widział z bliska Ojca Dyrektora.

- Jak miałem go zobaczyć, skoro leżałem nachlany w autokarze!- zdenerwował się leśniczy.

- Myślałem, żeście pili w drodze powrotnej- zdumiał się podleśniczy.

- Niestety z pieniędzy składkowych zakupiono tyle alkoholu, że nie zdążylibyśmy go wypić w drodze powrotnej- tłumaczył Zdzisio.

- Że cię ziemia jeszcze po sobie nosi!- zahuczała zza ścianą małżonka leśniczego, rosła i postawna Kaszubka, a na dodatek żarliwa chrześcijanka- Jesteś zakałą rodu ludzkiego i całej gospodarki leśnej! Żeby być w Toruniu i nie zobaczyć Ojca Dyrektora! Będziesz smażył się za to w piekle! I za niektóre trzebieże późne też!

- Kopernika też nie widziałem, durna babo, a on chyba znaczniejszy!- odciął się leśniczy.

- Kopernik nie żyje- pewnie stwierdził podleśniczy.

Stażysta Romuś, ofiara gimnazjalnej edukacji, zapytał się kim był ów wspomniany przez nich Kopernik.

Kiedy usłyszał, że to nieżyjący astronom stracił zainteresowanie jego osobą, gdyż jak wyjaśnił za pomocą gulgotania, prawdziwy leśnik nie ma czasu na takie idiotyzmy jak gwiazdy i galaktyki.

- A nadleśniczy wam tak pozwolił chlać?- zapytał się podleśniczy- Odważny człowiek.

- A kto mi w wolną sobotę chlać zabroni?- ziewnął leśniczy- A ja z nieprzymuszonej i własnej woli, postanowiłem w sobotni, majowy dzień pojechać na konferencję. A to, że była ona praktycznie eucharystyczna, wybacz, ale to nie moja wina!

 
 

Największa głupota- niezapowiedziana kontrola!

13 maj

Tego dnia inżynier nadzoru Mazgaj, wpadł z niezapowiedzianą kontrolą do leśniczówki Krużganki z taką werwą, jakby zamierzał dzięki tej kontroli dostąpić odkupienia grzechu pierworodnego.

- Proszę o okazanie kontrolki pułapek feromonowych na kornika drukarza- powiedział jadowicie, po inżyniersku.

Leśniczy Zdzisio z podleśniczym i stażystą Romusiem siedzieli niebywale zaskoczeni. Kubki z Najświętszą Kancelaryjną Kawą utknęły gdzieś w połowie drogi między blatem biurka, a gębami. Romuś usiłował przewrócić się z pleców na brzuch i stękał z wysiłku.

- Tu są- powiedział leśniczy Zdzisio wskazując na cmentarzysko papierów na biurku, gdzie pośród wszelkiego celulozowego bałaganu, leżały dostojnie wiadome kserokopie, nieco zalane fusami.

- Dlaczego one tak wyglądają?- zimno zapytał się inżynier- Dobrego leśniczego cechuje dbałość o dokumentację leśnictwa.

- Dobrego i owszem- ziewnął leśniczy Zdzisio- A ja mam prostatę, kamicę nerkową, podagra mnie męczy, o bólu zębów nie wspomnę, a jeszcze wczoraj miałem sraczkę. Nie mam warunków zdrowotnych żeby być dobrym leśniczym, więc jestem jaki jestem.

Mazgajowi mało monokl nie wypadł ze złości.

- Cóż to za idiotyzmy popisane?- zapytał nagle- Odkąd ilość odłowionych chrząszczy podajemy w cetnarach i kopach?! Hę!?

- To Romuś pisał- zmieszał się leśniczy i zaczerwienił- Prawdę powiedziawszy nie miałem czasu zajrzeć co on tam pisze.

- I co to za rysunki na służbowym druku najświętszego zarachowania!- zawołał oburzony inżynier nadzoru- Gołe baby?! 

W tym momencie Romuś, dla uratowania sytuacji, gwałtownym ruchem wyszarpał z ręki Mazgaja kontrolkę i wraził ją sobie w otwór gębowy, celem bezzwłocznej utylizacji.

Nie byłby jednak Mazgaj inżynierem z prawdziwego zdarzenia, gdyby raz uchwycony w chciwe pazury papier z rąk wypuścił, toteż oprócz kartki papieru, do przestronnej paszczy Romusia dostało się kilka palców inżynierskich.

- Aaaa!- wrzasnął inżynier nadzoru, kiedy zęby Romusia zacisnęły się na nieszczęsnych paluchach.

- Ale go ujebał!- złapał się za głowę podleśniczy- Romuś! Nie gryź!

- Odgryzł?!- dopytywał się leśniczy, tłukąc kablem po łbie stażystę, który najwyraźniej doznał szczękościsku.

- Ratunku!!!- wrzeszczał Mazgaj- Moje palce! Jak ja teraz będę notatki służbowe sporządzał!?

Koniec końców Romuś otworzył gębę i wypuścił z niewoli nieszczęsne paluchy inżyniera nadzoru. Te wyglądały marnie, bo zakrwawione i sine, stanowiły obraz nędzy i rozpaczy, nawiązując do największych tradycji TZW gospodarki leśnej.

- A apteczki nie mamy – uspokoił się leśniczy Zdzisio- Nadleśnictwo nie dało nowej, a w starej bandaże się przeterminowali, toteż musi się pan inżynier pofatygować do jakiego lekarza. Co do szczepienia przeciw wściekliźnie, to akurat bez strachu, bo jak szczepiliśmy Szarika, to akurat Romuś kręcił się obok, tośmy zaszczepili i jego. A następnym razem, niech zapowiada kontrole, bo sam widzi jakie jaja są z tych niezapowiedzianych.

 

Dopalacze, a TZW gospodarka leśna

13 kwi

- W związku z pismem z Regionalnej Derekcji zakładamy w nadleśnictwie zespół mandolinowy- oznajmił na naradzie nadleśniczy.

Leśniczy Zdzisio momentalnie się spocił. Miał na pieńku z zastępcą nadleśniczego, inżynierem nadzoru, połową bab z biura i służbowym kotem nadleśnictwa, przez co w jednej chwili zrozumiał, że zostanie wytypowany do składu zespołu.

- Po cóż nam taki zespół?- zapytała się odważnie eksstażystka Marysia, obecnie piastująca odpowiedzialne stanowisko p.o. leśniczego leśnictwa Mazgaje.

- Nasze działania na niwie edukacji przyrodniczo-leśnej w skali nadleśnictwa okazały się niewystarczające, a jej długofalowe efekty więcej niż mizerne. Więcej ludzkości, zwłaszcza tej po miastach, bardziej jest podatna na propagandę Wajraka aniżeli na naszą. Toteż tym mandolinowym zespołem Derekcja chce przejść do kontrofensywy –wyjaśnił nadleśniczy – Grać będą wszyscy, bez wyjątku. Teren, baby z biura, a nawet kadra kierownicza.

- To jaki my repertuar będziemy grali?- dopytywała Marysia- Żeby ludzkość pojęła sens wycinki zrębów?

- Ludowe pieśni, sławiące Trwałą, Wielofunkcyjną i Zrównoważoną gospodarkę leśną. Na etacie w Derekcji został zatrudniony specjalista, który będzie zajmował się szkoleniami i układaniem tekstów. Docelowo w nadleśnictwach ma się tym zajmować Dział Techniczny.

- A skąd ja mędolinę wezmę?- odezwał się w końcu leśniczy Zdzisio.

- Nie gadajcie, że przy waszych poborach nie możecie kupić sobie zasranej mandoliny!- zdenerwował się nadleśniczy- W każdym sklepie z mandolinami można ją sobie kupić! Wszystko wam dać, kuźwa! Funkcyjne! Ryczałt rozjazdowy! Urlop wypoczynkowy! A ten nie może sobie mandoliny kupić! Za tydzień pierwsza próba. O osiemnastej. Wszyscy stawią się z mandolinami!!!

- Ale to po godzinach pracy…- ziewnęła Marysia- Nie będę ja z siebie idiotki robiła za darmo.

- Przypominam, że jest pani w Służbie Leśnej!- nadleśniczy wypowiedział to tonem bazyliszkowym- A Służba oznacza służbę!

- Ja mam wizytę u psychoterapeuty i nie przyjdę- odparła zdecydowanie Marysia- Rzucam właśnie dopalacze. Przynajmniej te mocniejsze.

Nadleśniczy otworzył usta.

- Rzucam, bo trzebieże późne wyznaczone pod ich wpływem, wyglądają cokolwiek „niepodręcznikowo”- wyjaśniła Marysia- Mazgaj już cztery notatki na mnie napisał. Po zwykłej wódce nigdy się nie przypier… ten tego, a po tym „szajsie” cały czas się czepia, że się zwarcie luźnym uczyniło!

- A co będzie jak zespół mandolinowy nie pokona propagandy Wajraka?- zastanowił się głośno leśniczy Zdzisio.

- Może tak być- dodała Marysia- On strasznie chytry. Rzępolenie na bałałajkach może nam nie pomóc.

- Derekcja ma plan „B”- powiedział złowieszczo nadleśniczy- Nazywa się to roboczo: „Leśny striptis”…

 

Lustereczko Pana Derektora

11 kwi

- Lustereczko powiedz przecie, kto jest największym mędrcem i erudytą w całym wielofunkcyjnym, zrównoważonym i trwałym leśnictwie Rzeczypospolitej?- zapytał chytrze Jego Ekscelencja patrząc się swym badawczym i przenikającym niczem promienie rentgenowskie wzrokiem, na lustro umieszczone na biurku.

Lustro milczało.

Derektor powtórzył pytanie jeszcze dwa razy, za każdym razem nieco groźniej, aż w końcu zagroził mu konsekwencjami służbowymi.

Lustro nie wypowiedziało ani słowa.

- Który z was, sukinsyny, bawił się moim lusterkiem?!- wrzasnął Ekscelencja do naczelników i innych giermków, którzy w oczekiwaniu na rozkazy i polecenia służbowe, oczekiwali pokotem przed drzwiami gabinetu.

- O Najmędrszy!- zawołał najstarszy z naczelników i zastępców- Żaden z nas tego nie robił, albowiem strach, główne źródło wszechdziałania w ramach TZW gospodarki leśnej nam nie pozwala na to!

- To czemuż nie udziela mi żadnych odpowiedzi?!- pieklił się Ekscelencja- Co ja może ustawowe dwa tygodnie będę czekał, aż mi łaskawie powie, że to ja jestem najmądrzejszy?!

- Po cóż co lustro o Najmędrszy?!- zdziwił się najstarszy z naczelników i giermków- Czyż nie masz nas, abyśmy ci to co dnia powtarzali?!

- Wy konusy- machnął pogardliwie ręką Ekscelencja- Powiecie wszystko co ja chcę usłyszeć, przez co tracę kontakt ze światem realnym! Lustro natomiast jest obiektywne i bez lęku!

- Może bateryjki skończyły się?- zapytał jeden z giermków gorszego sortu, który przed Ekscelencją nawet nie podnosił głowy, a odzywał się wgapiając w sploty dywanu.

- Jakie bateryjki?- podejrzliwie zapytał Ekscelencja- Skąd w lustrze bateryjki?

- Nie w lusterku, a w przenośnym odtwarzaczu- wytłumaczył giermek gorszego sortu, natychmiast kopnięty przez najstarszego naczelnika prosto w durny i pusty łeb.

- Wybacz durniowi o Ekscelencjo! Onegdaj był w lesie i jod mu zaszkodził! Plecie jak po terpentynie i kalafonii!- zmieszany najstarszy naczelnik majstrując coś przy lusterku – Racz jeszcze raz spróbować, może lustro już przemówi!

- No dobra!- Ekscelencja patrzył się na pokot naczelników badawczo i podejrzliwie- Lustereczko powiedz przecie, kto jest największym gigantem polskiej myśli leśnej?

- Adam Wajrak!- wyskrzeczało lusterko przeraźliwie.

- Zdrada!!!- wrzasnął Ekscelencja- Łobuzy, psiekrwie! Zepsuliście lusterko! Zwolnię was wszystkich! Na zbite pyski powywalam! Jakim prawem to ekologiczne nazwisko pojawiło się w tym gabinecie?! Uh! Sukinsyny! Wszyscy skończycie na posadach nadleśniczego gdzieś w Puszczy Boreckiej!

Wszyscy naczelnicy i giermkowie, wydobyci właśnie z rozmaitych posad po przeróżnych dziurach Polski, zadrżeli ze strachu.

- O Najmędrszy! To miała być odpowiedź na to, kto jest największym sabotażystą TZW gospodarki leśnej w dziejach!- tłumaczył najstarszy naczelnik, kładąc się przed Ekscelencją na podłodze, sumitując się w najwyższym stopniu- Widocznie lusterko źle zrozumiało pytanie!

- No właśnie z tym mam największy problem!- zdenerwował się Ekscelencja do reszty- Nikt mnie dobrze nie jest w stanie zrozumieć!!!

- Bo czyż pospólstwo jest w stanie zrozumieć geniusz?!- chytrze podpytał najstarszy z naczelników i zastępców.

- Racja- uspokoił się Ekscelencja- Ale ciężko pracować w warunkach, kiedy nawet własne lusterko okazuje się idiotą!

 

A premia dla Zakładu Usług Leśnych się nie należy?!

07 kwi

- Na jutro potrzebuję kurs tartaczki świerkowej- oznajmił leśniczy Zdzisio panu Barei, szefowi niezbyt cenionego w okolicy Zakładu Usług Leśnych.

Bareja chytrze potarł policzek:

- A co ja z tego będę miał?- zapytał w starozakonnym stylu.

- Zdaje się, że masz pan określone stawki za wyrobienie metra sześciennego drewna? – zdziwił się leśniczy- Żąda pan dodatkowych gratyfikacji za swoja robotę? Jakim prawem?

- Pan też masz ustaloną grupę zaszeregowania i ustaloną wysokość uposażenia, a cały czas otrzymuje z nadleśnictwa jakieś premie- odparł Bareja- Cóż zatem dziwić się mnie, biednemu szefowi ZUL, dręczonemu przez zasrany ZUS i US, że oczekuję sprawiedliwości społecznej? Skoro pan masz prawo do różnorakich premii, dlaczegóż ja nie mam mieć prawa?

- Dobra. W ramach premii, nie napiszę do nadleśnictwa, że wszelki pana sprzęt mechaniczny wydziela na runo leśne takie ilości oleju, że musi go pan lać więcej niż leje diesla do baków.

- Biodegradowalny! –zdenerwował się Bareja- Mam na to papiery!

- Istotnie, degraduje życie biologiczne ze skutkiem natychmiastowym- powiedział leśniczy Zdzisio- No i pojedźmy zaraz do lasu zobaczyć jak tam z odzieżą ochronną u pańskich pracowników.

- Najwyższej jakości!- zaprotestował szef ZUL.

- Może i najwyższej, ale nieużywana.  A to tak samo jakoby jej nie było.

- Jak ją zaczynają nosić wydajność pracy znacząco spada- westchnął Bareja- Za ciężko, powiadają, im w tych wszystkich kaskach, butach i rękawicach.

- No i policzymy dokładnie drzewa jakie tam odarł z kory dzisiaj pański zrywkarz. Przy okazji zbadamy jego trzeźwość – kontynuował leśniczy Zdzisio.

Tu odezwał się Romuś, który akurat przybył z lasu (zziajany, bo przez dwa oddziały gonił sarnę, jak to Romuś, zupełnie bez potrzeby, dla samej przyjemności gonienia żywiny). Oznajmił swoim huczeniem i gulgotaniem, że zrywkarz leży pod traktorem i chyba robi tam za matę pochłaniającą olej, albowiem nie rusza się, choć coś bełkocze. Reszta brygady leży pod drzewem, ale Romuś nie wie w jakim celu, albowiem zdaje się, że drzewa nie mają wycieków oleju.

- No to nie zrobię na jutro nie tylko kursu tartaczki, ale i nawet furmanki chrustu na opał- rzeczowo stwierdził pan Bareja i zwrócił się do leśniczego- Chcesz pan jedź i pisz, że wszyscy leżą w sztok pijani!

- Przecież nadleśnictwo umowę z panem zerwie!- zdziwił się leśniczy.

Tu pan Bareja, nauczony wieloletnim doświadczeniem i z Lasami obcowaniem,  roześmiał się aż nazbyt głośno i śmiał się tak chyba z pięć minut, aż mu łzy z tej wesołości poleciały z chytrych oczu.

- Po co mieliby rozwiązywać, skoro zaraz nawiązywaliby nową?! Najświętszym kryterium przetargu jest cena, a moich cen nikt nigdy nie pobije!

- Trzeba się było do NASA za podwykonawcę zatrudnić- cierpko powiedział podleśniczy- Dzięki pańskim niskim kosztom, ludzkość latałaby co tydzień na Księżyc, a co drugi na Marsa.

- Jak ogłoszą przetarg i wadium będzie niewysokie, to się jeszcze zobaczy- chytrze odparł pan Bareja, a jego chciwe myśli skierowały się ku gratyfikacjom wypłacanym w dolarach.

 

Wróg mojego wroga…

30 mar

- Źle się mówi o naszym ministrze- siorbnął kawę leśniczy Zdzisio- Strasznym durniem go czynią w mediach.

- Cóż zrobić- odparł podleśniczy- Lazł na świecznik, to teraz ma za swoje. Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Pamiętajmy, że zdrowy psychicznie człowiek, nie ma żadnych ciągot aby piastować wyższe funkcje! Wiąże się to bowiem z nienawiścią, zazdrością i rozkazywaniem innym ludziom, a jak uczy nas historia, rozkazywanie innym, nigdy nie kończyło się dobrze! Siedziałby se cicho w stodółce w Tucznie, dorabiałby po rozmaitych wysokich uczelniach, wykładając tam te swoje mądrości, a bażantów strzelałby ile by chciał, bez żadnych konsekwencji! „Tisze jediesz dalsze budiesz”, jak powiadają w Rostowie czy innym Archangielsku!

- Przynajmniej ludzkość w Polsce wie kto jest ministrem środowiska- pokiwał głową leśniczy Zdzisio- Bo z tych poprzednich ministrów, to ja żadnego nie pamiętam.

- A ja pamiętam!- zawołał podleśniczy- Korolec! Bo się tak ładnie rymowało!

Zza ścianą zahuczała małżonka leśniczego, rosła i postawna Kaszubka:

- A ja codziennie odmawiam pacierz za Pana Ministra! Światowa judeoekologia wzięła go za swój cel…

- Kto wziął?!- zapytał leśniczy Zdzisio otwierając szeroko oczy.

- Już wy wiecie kto wziął! A już w ogóle ta pudernica Kinga Rusin, żeby ją szlag! I wy powinniście jej pozłorzeczyć codziennie, zamiast pastwić się nad waszym zwierzchnikiem, Panem Ministrem. To jest wasz prawdziwy wróg! Najgorszy, bo niedouczony, a z medialnymi możliwościami!

Tu odezwał się stażysta Romuś. Straszliwymi gestami pokazał, co uczyniłby Kindze Rusin gdyby napotkał ją na uprawie leśnej, albo na powierzchni zrębowej, za każde kłamstwo i słowo wrażej propagandy.

- Sami durnie wokół- filozoficznie westchnął leśniczy Zdzisio- Jak tu prowadzić trwałą, zrównoważoną i wielofunkcyjną gospodarkę leśną? A ty Romuś, jak będziesz obce baby bił w lesie, to ty se nigdy żony nie znajdziesz!

Tu Romuś wyjaśnił za pomocą chrząknięć i stęknięć, że nie po to najął się za stażystę w Lasach Państwowych, żeby marnować życie na jakieś ożenki i inne mariaże. 

 

Całkiem spontaniczny wiec poparcia

25 mar

Nadleśniczy wstał na początku narady i obwieścił:

- W związku z tym, że nie mogliśmy, ze względu na rozmiar pozyskania, uczestniczyć we wiecach poparcia dla naszego Pana Ministra w mieście stołecznym, wiec poparcia odbędziemy dziś. Oczywiście w czasie wolnym od pracy, czyli podczas przerwy w naradzie. Każdy może przerwę spędzić w dowolny sposób, może pójść palić papierosy, może obżerać się kanapkami, ale może razem z nami zamanifestować poparcie dla Pana Ministra. Inżynier nadzoru sporządzi pamiątkową listę obecności oraz wygłosi słowo wstępne.

Kiedy nadeszła chwila przerwy, w ciągnącej się jak flaki z olejem naradzie, inżynier Mazgaj podniósł się z miejsca i zaczął przemowę:

- Bardzo się cieszę, że nikt nie opuścił sali i wszyscy weźmiemy udział we wiecu poparcia dla Pana Ministra. Na początku chciałem, żeby wszyscy zakrzyknęli na cześć Ministra gromkie „hura”! Hip, hip…

- Urrrraaa!- wrzasnęli leśniczowie.

Nadleśniczy zmarszczył nos niezadowolony:

- Wyszło to bardzo po bolszewicku! To nie bitwa pod Lenino do cholery, tylko wiec poparcia dla polskiego ministra! Proszę jeszcze raz i bez czerwonoarmijnego zaśpiewu!

- Hura!- posłusznie zawołali leśniczowie w sposób nie budzący żadnej wątpliwości polityczno-historycznej.

- Tu z tego miejsca, chcieliśmy okazać nasze stuprocentowe poparcie dla Pana Ministra- zaczął czytać z kartki Mazgaj- Jednego z wybitniejszych w historii nie tylko kraju czy kontynentu, ale i całego, chrześcijańskiego świata…

Mazgaj zawiesił głos:

- … tu spodziewałem się aplauzu!

Nadleśniczy pośpieszył z pomocą:

- Aplauz do cholery!

Buchnęła wrzawa oklasków i okrzyków „niech żyje!”. Leśniczy Zdzisio krzyczał głośno, jeszcze głośniej darła się eksstażystka Marysia, piastująca wybitne stanowisko p.o. leśniczego leśnictwa Mazgaje, ale najdobitniej swoje poparcie wyrażał stażysta Romuś, którego leśniczy zabrał na naradę, a który teraz walił łbem w stół z taką siłą, że gdyby tylko to od tego zależało, Minister zapewne dostąpiłby wniebowzięcia, pośród rozmaitych cherubów i serafinów, albo przynajmniej dostałby nominację do Oscara.

- Zamknąć mordy!- wrzasnął nadleśniczy- I zabrać mi tego durnia z sali!

Tu wskazał na Romusia.

Sęk pasierb w tym, że Romuś wpadł w jakiś amok uwielbienia dla Ministra; rzęził i gulgotał niesamowite peany na jego cześć, usiłował wystękać „sto lat!” i machał rękami, jak niderlandzki wiatrak łopatami, co miało oznaczać, że każdy kto mu przerwie w chwaleniu gospodarza resoru, dostanie w ryj.

Potem zaś zaczął bić brawo dla Ministra i groźnymi gestami zwrócił wszystkim uwagę, że kto nie klaszcze jest zapewne lewakiem i ekologiem, że góra się o tym dowie, a kto pierwszy skończy klaskać, jest  skrytym poplecznikiem Wajraka i piątą kolumną TZW gospodarki leśnej, niegodną etatu.

- Tak się właśnie kończą wszystkie spontaniczne imprezy w Lasach!- przekrzykiwał burzę oklasków leśniczy Zdzisio- Jutro pół dnia spędzę na dywaniku za zabieranie hołoty na narady!

 

Związki wyznaniowe a gospodarka leśna

19 mar

- Otóż nasz najdostojniejszy Derektor, oby Allah dał mu niezliczone lata na stanowisku, zatrudnił na etacie przedstawiciela większości religijnej w osobie księdza- powiedział uroczyście podleśniczy, siorbiąc nieco nieco nieobyczajnie najświętszą kancelaryjną kawę.

Leśniczy Zdzisio nic nie odpowiedział, ale splunął znacząco na podłogę, co było wyrazem najwyższej frustracji, albowiem jak było do przewidzenia, zza ściany odezwała się zaraz rosła i postawna Kaszubka, notabene małżonka leśniczego:

- Nie pluć na podłogę do kroćset! Godło tam wisi! Poza tym powinniście podziękować Panu Bogu, że macie tak światłego i mądrego pana, który wie, że nikt inny nie jest w stanie realizować trwałej, wielofunkcyjnej i zrównoważonej gospodarki leśnej jak osoba duchowna!

Romuś wyjęczał i wystękał, że gdyby wiedział to wszystko wcześniej, udałby się po nauki do seminarium duchownego, a nie trwonił czasu, jak cała reszta leśników czasu po różnych technikach, czy nawet studiach leśnych, które jak widać po przykładzie, można de facto o kant dupy rozbić.

- Zasadniczo mógłby się podnieść prestiż waszego nędznego zajęcia- huczała małżonka leśniczego zza ścianą- Gdybyście do lasu ruszali w komżach! Albowiem w ubraniach przewidzianych przez rozmaite zarządzenia, wyglądacie jak z łapanki pod sklepem w Załukach!

- Czekamy teraz na pierwszego imama na etacie Lasów Państwowych- odezwał się w końcu leśniczy Zdzisio- A potem batiuszkę i innych pastorów. Mało zapewne pasożytów siedziało po rozmaitych derekcjach, trzeba było jeszcze dobawić kilku darmozjadów!

- A może to tylko chytra zagrywka Derektora?- zastanawiał się podleśniczy- Toż teraz żadna leśna uroczystość, żadne otwarcie nowego dołu na sadzonki, a nawet zakończenie odnowień nie obędzie się bez pokropku. Jak się już ma księdza na etacie, nie trzeba mu płacić za wykonywanie czynności służbowych? Wydaje się mu polecenie służbowe i już! Jedzie i święci.

- Ależ ty jesteś dureń dojlidzki- fuknął leśniczy Zdzisio- Tylko biskup może wydawać polecenia księdzu, a przecież Derektor, jak na razie, święceń nawet nie posiada!

- Na razie!- zahuczała małżonka leśniczego- Tylko na razie!

 

Szyszko lex sed lex!

05 mar

Stażysta Romuś wpadł, niczym pamiętne tsunami roku 2011 pustoszące wybrzeża japońskie, do kancelarii leśnictwa Krużganki (gdzie oczywiście raczono się kawą) i począł wyć przeraźliwie.

- Co?! Gdzie?! Jak?!- dopytywał leśniczy Zdzisio spod biurka, gdzie schronił się odruchowo.

Okazało się, że wielu wioskowych, grabi swoją własność, rżnąc i piłując własne lasy, bez wymaganych zgód i pozwoleń, a w dodatku rżnęli wsio, do gołej ziemi, jak to na wioskach, gdzie zapomniano o Panu Bogu.

Stażysta Romuś domagał się wezwania wsparcia, Straży Leśnej, a może nawet i dromadera, który za pomocą bomby wodnej, mógłby rozgonić szabrowników własnego majątku.

- Ty Romuś siadaj i nie gorączkuj się- odezwał się leśniczy- Na najświętsze prawo własności ręki nie podniesiemy. Skoro minister pozwolił, niech se tną i sprzedają.

Romuś zaczął wyrywać włosy z głowy, skowycząc coś o wspólnym dobru, dziedzictwie narodowym, które należy chronić przed splądrowaniem przez chciwe chłopstwo, potomków Jakuba Szeli czy innego Judasza.

- Dajże spokój!- huknął Zdzisio do swego stażysty- Niech se wycinają te swoje pożałowania godne srajlaski, których prawdziwa gospodarka leśna nigdy nie napotkała! Nie atakuje się deweloperów po Warszawach, to ja nie będę interweniował pośród elektoratu. Do emerytury dociągnąć muszę! Leć tera głupi i obserwuj, żeby się za bardzo nie rozochocili i nie poczęli państwowego prywatyzować, bo nasze krużganeckie towarzystwo ubóstwia takie numery!

 

Czy leśnik trafi do piekła?

03 mar

Leśniczego Zdzisia obudziły jakieś hałasy. Na początku pomyślał, że to ZUL Bareja odpala swojego MTZ-a w sąsiedniej wiosce, ale hałasowało gdzieś bliżej. Jakby na werandzie, gdzie leśniczy spędzał co cieplejsze noce.

- Nie śpisz leśniczy?- usłyszał nagle Zdzisio, a włos na głowie, rzadki, przeprószony siwizną, zjeżył mu się ze strachu.

- Kto tu jest?- pisnął leśniczy. Chciał zapytać gromko, ale tak już bywa czasem pośród leśniczych, że chcą jedno, a wychodzi całkiem co innego.

- To tylko ja- odparł głos, a w kątku werandy poruszyła się ciemna postać- Przyszedłem po ciebie Zdzisiu.

Był to diabeł.

- Jowiszu ze Smyrny!- zachlipał leśniczy- Umarłem?! Toż ja mam kwity wywozowe nierozliczone!

- Teraz to możesz mieć już w dupie- odezwał się niedbale diabeł- Albowiem tam gdzie się udamy, nie dosięgnie cię już żadna notatka służbowa!

I nagle błysnęło, huknęło i przenieśli się prosto w otchłań piekielną, gdzie nie masz nadziei, światła i śmiechu, jeno płacz, zgrzytanie zębów i edukację przyrodniczo-leśną.

- Nasz szef kazał nam ci tu wszystko pięknie pokazać- powiedział diabeł – Żebyś wiedział, że są różne rodzaje piekieł, a to do którego przybyliśmy, jest związane z trwałą, zrównoważoną i wielofunkcyjną gospodarką leśną, dalej zwaną TZW gospodarką leśną.

- Olaboga!- zdołał zaledwie wystękać leśniczy, łapiąc się za głowę.

Weszli do pierwszego pomieszczenia, gdzie pośród dymu i smrodu, na środku stał wielki kocioł, w który tkwili jacyś osmoleni osobnicy, wyjąc wniebogłosy.

- To bałwany, którzy zaplanowali przebudowę drzewostanów za pomocą rębni IIIb- niedbale powiedział diabeł- Pod kotłem palimy mokrą osiką. Dużo smrodu, dużo dymu, wolne gotowanie.

Diabły harcowały wokół, a na ścianach powieszone były cytaty z Zasad Hodowli Lasu, które miały już na wieki wieków, towarzyszyć potępionym sprawiając im jeszcze większe męki.

Następne pomieszczenie było wypełnione jeszcze większym smrodem, jeszcze większą ilością harmidru i pokrzykiwań bolesnych.

- To twórcy i pomysłodawcy SILP-u- wskazał na męczonych diabeł- Oraz wszyscy administratorzy. Smażą się pośród bólu i cierpienia, a ich mękom nie będzie końca. Co jakiś czas razi się ich prądem.

Przeszli do kolejnego pomieszczenia, gdzie panował niebywały rozgardiasz, a kocioł zdawał się być większy.

- Tu smażymy nadleśniczych, którzy nazbyt chętnie korzystali ze swej władzy względem maluczkich- wskazał wielki gar diabeł- Trzymamy ich w terpentynie i niepewności, tak aby wieczność upływała im w ciągłym strachu i smrodzie. Od czasu do czasu wrzucamy im jakiegoś podleśniczego, którego los doświadczył niesprawiedliwą władzą. Wtedy jest wesoło i nawet obstawiamy ile im zębów powybija.

Potem weszli do pomieszczenia, gdzie nic nie dymiło i nie hałasowało. Na środku stał pusty kocioł, a pod ścianami zapas świerka opałowego.

- A to co?- zapytał leśniczy.

- A tu kociołek, który czeka na Wajraka i ministra Szyszkę, którzy spędzą wieczność w swoim towarzystwie.

-Sprawiedliwa to kara!- zgodził się leśniczy- A tam cóż to za przepotężna budowla? I wskazał ręką bloki żelbetu z kratami i zaporami przeciwczołgowymi.

Diabeł nieco zmarkotniał:

- A to miejsce dla pewnej rosłej i postawnej Kaszubki, ale co chwilę zmieniamy koncepcję, bo nie wiemy czy to wytrzyma…

- Jeśli to dla mojej małżonki- podrapał się w brodę leśniczy- To mówię wam, że za słabe. Ona wchodzi i wychodzi wszędy i zawsze, kiedy zechce, pomimo drzwi zamkniętych.

Dalej był kocioł dla derektorów. Dno miał najeżone szpikulcami, a gotowali się oni w żywicy sosnowej. Na ich plecy spadały plagi wymierzone biczyskami przez wieloletnich współpracowników. Pełno tam było dymu i zgrzytania zębami.

- A teraz najgorsze pomieszczenie Zdzisio- uprzedził diabeł- Tu trzymamy inżynierów nadzoru!

Cóż tam było płaczów i jęków! Pośród smrodu ledwo tlących się zrębków, stał kocioł, a w nim, pośród bulgoczącej i smrodliwej smoły, tkwili pośród mąk i cierpienia osobnicy, dla których napisanie zjadliwej i szkodliwej notatki służbowej, stanowiło za życia najwyższą przyjemność.

Leśniczy Zdzisio patrzył się z przyjemnością, choć nieco odejmowało mu odwagi to, że diabły co chwilę żelaznymi cęgami, rwali kawał ciała inżynierskiego.

- O kuźwa, szef idzie!- zmieszał się diabeł i stanął na baczność przed osobistością, która znienacka zjawiła się przy nich.

- I jak ci się Zdzisio moje piekło podoba?- leśniczy usłyszał znajomy głos.

Była to jego eksstażystka Marysia, która z typową dla siebie nonszalancją paliła papierosa- A teraz się obudź, bo z przewoźnikiem jesteś umówiony.

I leśniczy się obudził, spocony i z mocno bijącym sercem.

- Chwała tobie Jowiszu, że to był tylko sen!- powiedział do siebie, ale już po chwili nie był pewien czy żałuje, że piekło dla przeniewierców polskiej myśli leśnej jedynie mu się przyśniło…